Niepublikowana powieść w odcinkach…

Powieść

Rozdział I — ONA — cd. odcinek 1

i otagowano jako , , , , , , , .

 

Po napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, kiedy jeszcze broniła się Warszawa i twierdza w Modlinie, kiedy bronił się Lwów i trwała bitwa nad Bzurą, o świcie 17 września 1939 r. Polska nieoczekiwanie została zaatakowana przez Sowietów. Jak się później okazało, związanych z hitlerowcami paktem Ribbentrop-Mołotow. Jeszcze przed zakończeniem walk okupanci podzielili między siebie strefy wpływu na linii Narwi, Bugu i Sanu, podpisując 28 września 1939 r. stosowny traktat o granicach i przyjaźni. W tej sytuacji klęska wojsk polskich była już tylko kwestią czasu.

I tak, pod okupacją sowiecką nieoczekiwanie znalazło się ponad pięć milionów Polaków. Jakby tego było mało, sześć miesięcy później najwyższe władze państwa sowieckiego, w osobach: Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa oraz Mikojana, zatwierdziły własnymi podpisami notatkę Ł. Berii z 5 marca 1940 r., akceptując w ten sposób propozycję dokonania zbrodni ludobójstwa na dziesiątkach tysięcy Polaków. Ofiarami stały się liczne grupy społeczne stanowiące o kulturze i wartości naszego narodu. Czekało na nie kilkadziesiąt obozów NKWD założonych jeszcze w latach 1933–1938, w czasie tak zwanej „operacji polskiej”, gdzie zamordowano wówczas ponad siedemdziesiąt tysięcy Polaków. W 1940 r. historia miała się powtórzyć.

 

- ONA –

 

„A to co takiego?” – matka Janki schyliła się po kartkę leżącą tuż przy drzwiach wejściowych do mieszkania. Kiedy ją rozłożyła z wrażenia żeby nie upaść oparła się o ścianę.- „Matko Boska, kto ją tutaj przyniósł?” – szeptem sama siebie zapytała i nacisnęła guzik dzwonka. Po krótkiej chwili dobiegł do niej odgłos zbliżających się kroków i zobaczyła oko służącej niemal przyklejone do judasza. – To ja, otwórz Róziu – powiedziała słabym głosem. Zanim weszła do środka jeszcze zapytała, czy ktoś  o nią pytał.

          -  Pani źle się czuje?

          -  Chyba tak, moja droga. Ale nie odpowiedziałaś na pytanie. Powiedz, pytał ktoś o mnie? To jest dla mnie bardzo ważne. Nie pytał? W takim razie jeszcze powiedz, czy Janeczka jest w domu?

          -  Tak. Jest u siebie.

Nic więcej nie mówiąc, tak jak stała, poszła prosto do stołowego pokoju. Jak już usiadła przy stole, pełna emocji ponownie rozłożyła ściskaną w ręku kartkę i jeszcze raz, litera po literze, przeczytała wiadomość – Mój ty Boże, znaczy, że ten kto to napisał musiał być blisko Staszka  – ciężko westchnęła i przymknęła powieki.

Matka Janki wiadomość o przeniesieniu męża do obozu NKWD, znajdującego się na przedmieściach Tarnopola otrzymała niespodziewanie. Wiosną 1940 roku, na drugi dzień po wkroczeniu Sowietów do Lwowa, jej mąż bez powodu został aresztowany i uwięziony w tak zwanej Tiurmie nr 1. więzieniu, które mieściło się we Lwowie u zbiegu ulic Sapiehy, Kopernika i Łąckiego. Przed wojną był tam areszt śledczy i siedziba Policji, a co za tym idzie, miejsce pracy jej męża, będącego wówczas starszym oficerem Państwowej Policji. Jak na ironię został osadzony w celi, którą w 1936 roku zajmował Stepan Bandera[1] sądzony wraz z dwudziestoma trzema członkami OUN[2] podejrzanymi o przygotowanie zamachu i zabójstwo Bronisława Pierackiego[3].

Po trzech miesiącach ojca Janki, razem z grupą oficerów, nieoczekiwanie przewieziono do Tarnopola. Na jego prośbę informację o tym przekazał jego żonie kolejarz, który był tego świadkiem. A że kolejarz nie chciał dać się rozpoznać, kartkę z wiadomością zostawił pod drzwiami mieszkania. 

Zmartwiona otrzymaną wiadomością matka Janki siedziała przy stole i po głębokim zastanowieniu postanowiła niezwłocznie pojechać do męża z nadzieją, że może tam będą większe szanse na jego uwolnienie. W Tarnopolu mieszkała siostra męża, a ponieważ relacje między nimi układały się bardzo dobrze, na drugi dzień spakowała najpotrzebniejsze rzeczy swoje oraz córki i wyjechały zostawiając adres gdzie się zatrzyma i mieszkanie pod opieką służącej.

Jak już szczęśliwie dojechały na miejsce, po paru tygodniach matka Janki nawiązała nieformalny kontakt z obsługą obozu i ku swojemu rozczarowaniu uzyskała wiadomość, że na uwolnienie męża praktycznie  nie może liczyć, a zorganizowanie mu ucieczki jest mało realne, ponieważ wraz z kilkunastoma innymi uwięzionymi oficerami policji został objęty szczególnym nadzorem.

          – Boże drogi, co ja biedna teraz pocznę. Może przyszedł ci do głowy jakiś pomysł, żeby można było go wydostać? – zwróciła się do szwagierki.

          – Moim zdaniem jedyną możliwością jest przekupieniem operatywnika[4], albo kogoś ważnego z obsługi obozu.

          – A jeżeli pieniądze nie pomogą, to co wtedy?

          – Myślę, że wtedy już nic na to nie poradzimy i pozostanie jedynie czekać na rozwój wypadków. Zresztą, ja też jestem w podobnej sytuacji, a nawet gorszej, bo ty możesz chociaż napisać do niego. Bierz więc kartkę, tutaj jest pióro i kałamarz – wskazała głową na kredens – a jutro list zaniesiemy do obozu.

          -  Że też ja o tym wcześniej nie pomyślałam – odpowiedziała łapiąc się za głowę. Po czym tak jak poradziła szwagierka wzięła co potrzeba do napisania listu i przejęta poszła do drugiego pokoju. Usiadła przy stole i zaczęła pisać: – „Mój kochany” – Nie, lepiej będzie brzmiało; – „Mój najdroższy” – A może: – „Najdroższy Staszku” – hamletyzowała nad formą – no dobrze, nagłówek napiszę na końcu – zdecydowała i bijąc się z myślami gorączkowo zastanawiała się nad właściwą treścią listu – Przecież tyle mam mu do powiedzenia, a nawet nie wiem, od czego zacząć – myślała zdenerwowana – Może „w pierwszym zdaniu mego listu…”? – Czy ja jestem niemądra? – zła, półgłosem powiedziała do siebie i podarła kartkę.

W tym samym czasie, jak pocisk, wpadła do mieszkania Janka.

          – Ciociu, gdzie mama? – zapytała podekscytowana.

          – Jest w drugim pokoju. Pisze list do taty. – wskazała na zamknięte drzwi

          – Oo..o! Wiadomo już kiedy go wypuszczą?

          -  Nie.

          -  Hym…, szkoda. – jeszcze przez chwilę zastanawiała się, po czym skierowała wzrok na twarz ciotki – Muszę z wami poważnie porozmawiać, ale… – zawiesiła na sekundę głos – a niech tam… –  i dłużej już nie medytując, tajemniczym głosem powiedziała; – Nie wiem, czy wiesz, że Andrzej… – noo…o – dodała widząc, że ciotka marszczy czoło – ten co mieszka niedaleko, pod „czwórką”, jest par-ty-zan-tem – podniecona wycedziła sylabami – i ja…

          – Teraz co drugi Polak to partyzant albo funkcjonuje w konspiracji – skwitowała ciotka – Sama już się pogubiłam w jakiej, antyhitlerowskiej, antysowieckiej, czy antyukraińskiej. Zwariować można – Po czym, nie dając po sobie poznać, że ją zaciekawiła prowokacyjnie zapytała;

          – Ale co z tego ma wynikać? Pytam, bo ci przerwałam.

          – Nic – Janka odpowiedziała beznamiętnym głosem i czuło się, że chciała jeszcze coś dodać, lecz po tym co usłyszała, najwyraźniej z tego zrezygnowała. Ciotka niezrażona, prowokująco mówiła dalej;

          – Nic? Tylko tyle chciałaś powiedzieć? Więc ci powiem, że od jakiegoś czasu domyślałam się, że w coś się zaangażowałaś, bo jeżeli mieszkamy razem, na dłuższą metę nie da się przed domownikami skutecznie czegokolwiek ukryć. A twoje nagłe, niespodziewane wyjścia były dla mnie tego sygnałem, ale prawdę mówiąc bardziej wiązałam je z poznaniem przez ciebie jakiego fajnego chłopaka, niż z konspiracją. Chciałam też zwrócić ci uwagę, że masz dopiero siedemnaście lat, więc lepiej zrobisz jak te sprawy zostawisz dorosłym i dobrze by było gdybyś zdecydowała się porozmawiać na ten temat z mamą – w tonie impulsywnym skończyła jednym tchem.

          – Ciociuu.., ja nie powiedziałam, że chcę zostać partyzantem. Nie mam też zamiaru nosić karabinu, ani strzelać do ludzi. Chodzi tylko o to, żebym w razie potrzeby zaniosła rozkaz gdzie trzeba, albo przekazała komuś ważną informację. To po pierwsze, a po drugie, zamiast stanąć po mojej stronie, wypominasz mi mój młody wiek i mówisz do mnie jak do dziecka. Wiedz, że bez względu co o tym myślisz udzielanie się w konspiracji uważam za swój obowiązek. Bo teraz nie wystarczy być Polakiem, ale trzeba jeszcze nim się czuć. – pełna determinacji w odpowiedzi wyrzuciła z siebie, dając tym samym do zrozumienia, że w tej sprawie nie ustąpi.

Ciotkę aż zatkało, jak to usłyszała.

          – Znaczy, że co? Bo nie bardzo rozumie. Jeżeli jesteś niepełnoletnia, a matka chce chronić ciebie przed zagrożeniami jakie niesie ze sobą wojna i okupacja, i wychowała cię razem z ojcem na taką jaką jesteś, to za mało, żeby czuć się Polakiem? Takim postawieniem sprawy obrażasz i ją… – wskazała palcem na zamknięte drzwi – i mnie. Z twoją mamą mamy dość zmartwień, moje dziecko, a ty chcesz dodać kolejne. Więc lepiej zrobisz, jak teraz pójdziesz do niej i razem napiszecie list do ojca – skończyła rezygnując z dalszej rozmowy.

          – Pewnie, że pójdę – speszona reprymendą Janka mruknęła przepraszająco z postanowieniem, że za radą ciotki porozmawia o tym z matką, lecz niekoniecznie w tej chwili. Po czym weszła do pokoju i razem ułożyły list do ojca. Następnego dnia matka z ciotką list zaniosły do obozu.

Przez kilka dni przekupiony strażnik nie miał im nic do przekazania, zawile tłumacząc się niespodziewanymi trudnościami. A to, że miał wolne, więc nie było go w pracy. A to, że nie miał możliwości zobaczyć się z mężem matki wymyślając przy tym mało prawdopodobne powody. Jednak po ciągłych nagabywaniach i upływie następnych kilku dni matka wreszcie dostała odpowiedź niewyraźnie napisaną na skrawku kartki papieru: „Dziękuję za list i starania. Nie wiem co dalej się stanie. Wywożą nas do Kijowa. Jeżeli siostrzyczka nie będzie miała nic przeciwko temu, czekajcie na mnie w Tarnopolu i mocno ją ode mnie ucałuj. Kocham was bardzo i tęsknię za wami. Mój nowy adres to Kijów, ul. Korolenki 17[5]. Do szybkiego zobaczenia”.

          – I co ty na to? – przejęta wiadomością zapytała szwagierkę.

          – No cóż, będę szczera. Jeżeli nie uda się go wykupić nie najlepiej to wróży na przyszłość, bo więzienia i obozy NKWD mają złą sławę. Miejmy jednak nadzieję, że wszystko dobrze się skończy.

          – Musi dobrze się skończyć. Gdyby miało być inaczej, nie wiem, czy bym to przeżyła.

          – Boże, co ty mówisz! Przecież masz dla kogo żyć, więc nie myśl o czymś takim. A do czasu powrotu Staszka, jeśli odpowiada ci moja obecność i warunki zamieszkania, z powodzeniem możecie u mnie zostać. Ale mam ci do powiedzenia inną nie mniej ważną rzecz o której celowo nie mówiłam licząc, że Janka o tym porozmawia z tobą. Chodzi o partyzantkę i chłopaka z sąsiedztwa o imieniu Andrzej.

          – Matko Boska, co ty mówisz! Jaką znowu partyzantkę?! Gdzie ona jest? – pytała podenerwowana

          – W swoim pokoju.

Kiedy do niej weszły, Janka akurat szykowała się do wyjścia.

          – Zanim wyjdziesz, chciałam z tobą porozmawiać. Czy to prawda, że zamierzasz iść do partyzantki?  –  zapytała prosto z mostu.

          – Ja? – Janka zdziwiona popatrzyła na matkę  – Jedynie wspominałam cioci, że Andrzej jest partyzantem. 

          – Jaki znowu Andrzej? Dlaczego wcześniej o tym wszystkim ze mną nie porozmawiałaś?

          – Chciałam, i czekałam na odpowiednią chwilę…

          – Boże drogi, za co to wszystko mnie spotyka. W takim razie powiedz, kto to taki ten Andrzej? Czy ja go już kiedyś widziałam?

          – Tego nie wiem. Ale ciocia go zna i jego rodzinę też, więc możesz ją zapytać. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu chciałam już wyjść, ponieważ umówiłam się i nie wypada żeby na mnie czekano.

          -  Jak to? Dla ciebie od rozmowy z mną ważniejsze jest twoje  spotkanie?

          -  Gdybym wiedziała, że będziesz chciała ze mną porozmawiać, to bym się nie umawiała, więc powinnaś mnie zrozumieć.

          -  Mój Boże – westchnęła matka kiedy zostały same – Powiedz moja droga, skąd się bierze takie zachowanie, przecież nie wyniosła tego z domu. Ja w jej wieku byłam zupełnie inna.

          -  Czy ja wiem? – wtedy były inne czasy, a może być też tak, że już nie potrafimy zrozumieć młodych. Poza tym częstym grzechem rodziców jest traktowanie dzieci jak własność.

          -  Ty mówisz poważnie? – zaskoczona popatrzyła na nią wzrokiem pełnym zdziwienia – Uważasz, że tak ją traktuję? Znaczy, że według ciebie nie mam już prawa do wyegzekwowania swojego zdania? Że bezkrytycznie powinnam zgadzać się z tym co robi i pozwolić na konspiracyjną działalność? – pełna emocji wyrzuciła z siebie.

          -  Źle do tego podchodzisz, moja droga, bo nie w tym rzecz. Przecież nie ona ale ja ci powiedziałam o jej zamiarach z myślą, że jej to wyperswadujesz, ponieważ też uważam, że jest na to za młoda i tak jak ty martwię się, że coś złego może się jej stać. Ale z drugiej strony rozumie ją. Czy ty wiesz co ona do mnie powiedziała? – „Teraz nie wystarczy być Polakiem, trzeba jeszcze nim się czuć.” – Zbaraniałam kiedy to usłyszałam. Więc co by na ten temat nie myśleć weź pod uwagę, że jest wojna, a wojna ma swoje prawa i wynikające z niej obowiązki wobec ojczyzny.  Dlatego po długim zastanowieniu dochodzę do wniosku, że mimo wszelkich naszych argumentów Janka ma jednak prawo tak postąpić.

          -  Prawdę mówiąc nie wiem co ci odpowiedzieć – westchnęła i zamyślona. przypomniała sobie czas kiedy była w wieku Janki. Wówczas nieraz słyszała jak ojciec mówił do matki, że nieporozumienia między nimi, to matki urojenia, bo tak naprawdę wynikają one z konfliktu pokoleń jaki od wieków występuje pomiędzy rodzicami, a ich dorastającymi dziećmi i ze śmiechem dawał matce jako przykład Adama i Ewę, którzy wskutek braku woli do kompromisu zostali wypędzeni z raju. Teraz wychodziło na to, że ojciec miał rację.

*

Janka poznała Andrzeja w Tarnopolu wiosną 1940 roku w sytuacji, kiedy przed bramą męczyła się, usiłując kolejny raz założyć przy rowerze ciągle spadający łańcuch. Była już zdecydowana odprowadzić rower do komórki, gdy nieoczekiwanie Andrzej podszedł i zaoferował pomoc. Nie miała nic przeciwko temu. I tak zaczęła się ich znajomość.

Andrzej od urodzenia mieszkał w Tarnopolu, a po wybuchu wojny postanowił działać w podziemiu. Dzięki świetnej znajomości miasta i okolic działał sprawnie, i skutecznie. Mieszkali niedaleko siebie więc wraz z upływem czasu ich koleżeństwo stawało się coraz bardziej zażyłe i ewoluowało w kierunku przyjaźni. Wielokrotne spotkania, spacery, długie rozmowy, a także podobne oceny rzeczywistości miały to do siebie, że mniej więcej po roku ich przyjaźń nabrała zupełnie nowego znaczenia. On tajemniczy z głową pełną nieoczekiwanych pomysłów i duszą romantyka, często pojawiający się i znikający na kilka dni jak meteor, na dodatek zdecydowany i przystojny, coraz bardziej ją pociągał. Z kolei ona o ujmującym uśmiechu, nad wyraz oczytana, wychowana w duchu patriotycznym imponowała mu nie tylko tymi cechami, ale także racjonalnością myślenia. Przy tym miała wyjątkowo zgrabną figurę, a piegi zdobiące twarz dodawały jej dziewczęcego uroku.

Niemal od początku poznania przypuszczała, że Andrzej działa w konspiracji, lecz nie dawała tego po sobie poznać. A że było tak jak myślała, utwierdziła ją po jakimś czasie propozycja, aby kolportowała materiały jakie czasami przynosił na spotkania. Zwieńczeniem jej aktywności stała się nieoczekiwanie rzucona przez niego propozycja, żeby w organizacji została łączniczką. Zgodziła się bez wahania. Po niedługim czasie złożyła żołnierską przysięgę przed „Majorem”, pełniącym funkcję dowódcy batalionu, oraz przed jeszcze jednym oficerem Armii Krajowej, który specjalnie w tym celu przyjechał ze Lwowa. A po ukończeniu kursu otrzymała nominację na łącznika oddziału, którego dowódcą był Andrzej. Praca jej polegała nie tylko na roznoszeniu rozkazów, ale również, tak jak poprzednio, zajmowała się kolportażem, rozrzucaniem ulotek i czasami brała bezpośredni udział w przeprowadzanych przez oddział akcjach sabotażowych. A  kiedy była potrzeba, szyła dla partyzantów biało-czerwone opaski, z powodzeniem angażując do tej pracy ciotkę i mamę. Zdarzało się też, że z meldunkami jeździła rowerem aż do Petrykowa[6]. Znajdowała się tam jedna z ich skrzynek kontaktowych. W trakcie takich dalekich eskapad bardzo często towarzyszył jej Andrzej.  

Gdy pewnego popołudnia, a działo się to wczesną jesienią 1942 roku, siedzieli w zacisznym miejscu nad miejskim stawem, Andrzej nieoczekiwanie powiedział, że ją kocha. Pierwsze czego doznała to zaskoczenie. Lecz po chwili ciszy jaka zapadła po jego słowach, czując ściskanie w dołku, ledwie dosłyszalnie odpowiedziała; – „Ja ciebie też” – i nic więcej nie mówiąc ufnie przytuliła się do niego. Tak to po dłuższym okresie znajomości, a później przyjaźni, zostali parą.

Po jakimś czasie, kiedy na rowerach wracali z Bogdanówki i pędzili na złamanie karku, żeby zdążyć przed godziną policyjną, dla Janki ten powrót przybrał nieoczekiwany finał. Niemal w ostatniej minucie zziajani dojechali do rogatek miasta, a ponieważ zrobiło się ciemno, dla bezpieczeństwa postanowili zejść z rowerów i dalej już na piechotę dotrzeć do swoich domów. Klucząc między opłotkami, przedostali się na znajome podwórka. Stamtąd znanymi sobie przejściami dotarli do domu Andrzeja. Janka, mimo że miała niedaleko, obawiała się iść dalej sama. Nie chciała też, żeby Andrzej ją odprowadził, bo w razie natknięcia się na patrol byłby narażony co najmniej na niebezpieczeństwo aresztowania, a nawet zastrzelenia. Więc zdecydowała się zanocować u niego tym bardziej, że rodzice Andrzeja lubili ją i nie mieli nic przeciwko temu, aby utrzymywała z nim bliską znajomość.

Andrzej, ucieszony takim obrotem sprawy, miał nieodpartą ochotę serdecznie ją ucałować, ale też bał się okazać radość, aby przedwcześnie nie zdradzić zamiarów i nadziei, jakie wiązał z możliwością wspólnego spędzenia nocy. Już na samą myśl o tym czuł wzrastające podniecenie. Jedyne co go martwiło, to bałagan, jaki u niego zobaczy. Jeszcze przed wojną ojciec wyszykował mu pokój na poddaszu kamienicy, w której mieszkali. Mógł tam, nikim nieskrępowany robić w zasadzie co chciał. I teraz też na to liczył. Tak zapewne by się stało, gdyby Janka nie postanowiła skorzystać z telefonu u rodziców Andrzeja, żeby zadzwonić do ciotki i powiedzieć gdzie jest.

Na ich widok rodzice Andrzeja bardzo się ucieszyli. Janka zaraz po serdecznym przywitaniu podeszła do telefonu i w czasie, kiedy rozmawiała z ciotką, matka Andrzeja uszykowała im kolację. Gdy jedli w dawnym pokoju Andrzeja pościeliła Jance łóżko, a ojciec rozpalił ogień pod piecem w łazience, aby mogli umyć się w ciepłej wodzie. Pierwszy poszedł kąpać się Andrzej. Naładowany pozytywną energią miłości mył się w tempie ekspresowym, wnioskując z zachowania matki, że zamiast na poddaszu będzie mógł spać razem z Janką. Już odświeżony wyszedł w piżamie z łazienki, kierując się prosto do pokoju, w którym miała spać Janka.

          – A ty dokąd, mój synu? – nieoczekiwanie usłyszał stanowczy i pełen zdziwienia głos ojca.

          – Jak to dokąd? Idę spać.

          – Jak chcesz spać, proszę iść na poddasze, kochany chłopcze – zwrócił mu uwagę z grymasem udawanego uśmiechu i zrobiła się pełna napięcia cisza.– Gdybyście się pobrali, nie byłoby takich ceregieli. Mam rację Janeczko?

          – Chyba tak – bąknęła robiąc się czerwona na twarzy.

          – Również jestem za tym – zdawkowo wtrąciła matka.

          – My też chcemy się pobrać i ja już nie mogę doczekać się wieczoru kawalerskiego ale ustaliliśmy, że zaręczyny odbędą się kiedy wróci ojciec Janusi. – To mówiąc, nachylił się i pocałował ją w policzek. –  Idę na górę. Odprowadzisz mnie? – puścił do Janki perskie oko udając, że pogodził się z decyzją ojca.

          – Co miałeś na myśli, mówiąc o kawalerskim wieczorze? – zapytała, podnosząc się z krzesła.

          – Ja? – zrobił niewinną minę. – Nic, po prostu tak mi się powiedziało. To przecież prastary zwyczaj. My robimy kawalerski, a wy panieński. Nie udawaj, że o tym nie wiesz.

          – Może wiem, może nie wiem, ale wolałabym zamienić go na kawalersko – panieński i być tam razem z tobą aby pilnować, żeby przypadkiem coś złego ci się nie stało.

          – Dobrze mówisz, Janeczko – wtrącił się ojciec. – Musisz trzymać go krótko, bo to nicpoń. Coś o tym wiem,

          – Taaak? Więc proszę powiedzieć, co pan wie?

          – Aaa, nie, nie…, ja tak tylko dla żartu powiedziałem. – po czym lekko zmieszany jeszcze dodał; – Odprowadź go do drzwi. Pozwól też uściskać się na dobranoc, żeby nie męczyły go nocne koszmary i zaraz do nas wracaj. Coś ci jeszcze chłopcze nie pasuje? – z retorycznym pytaniem zwrócił się do syna, a widząc że delikatnie przestępuje z nogi na nogę, kpiąco dodał; – rozumiem, że jesteś śpiący, więc dobranoc, mój chłopcze.

          – Dobranoc – odpowiedział Andrzej życząc ojcu w duchu, żeby matka w podobnych okolicznościach potraktowała go, jak teraz on jego i skierował się do drzwi. W przedpokoju, korzystając z okazji, że nikt ich nie widzi, przycisnął Jankę do siebie i zaczął namiętnie całować.

          – Co ci się stało? Przestań. Tak nie można. – wykrztusiła, lekko odsuwając się, aby zaczerpnąć powietrza – Proszę, bądź bardziej delikatny.

          – Do tego stopnia cię kocham, że trudno mi się opanować. Ty tego nie czujesz? – podniecony zapytał, przyciskając krocze do jej nogi.

          – Czuję głuptasie, bardzo czuję, ale może tylko pożądasz, a nie kochasz? A teraz daj buzi i pędź na górę, bo zmarzniesz.

          – Dobrze, tylko proszę, nie zamykaj drzwi na zasuwkę. Obiecujesz, że nie zamkniesz?

          – Nic już nie mów, idź spać i nie próbuj żadnych sztuczek – odpowiedziała bojąc się, aby wobec rodziców nie postawił jej w krępującej sytuacji, a że stać go na to było, co do tego nie miała wątpliwości. Po czym dla świętego spokoju zrobiła jak prosił i wróciła do pokoju. Na jej widok rodzice Andrzeja wstali od stołu.

          – Idziemy Janeczko już spać, a ty czuj się jak u siebie w domu. Pamiętaj tylko, żeby zgasić światło.

          – Nie zapomnę i dziękuję za wszystko. Życzę państwu dobrej nocy.

Janka przy każdej nadarzającej się okazji obserwowała zachowanie swoich przyszłych teściów, starając się wyczuć, jakie mają do niej nastawienie. Kilka razy złapała się na tym, że lubi przebywać z nimi, a szczególnie z ojcem Andrzeja. Bardzo się jej podobało jego podejście do życia. Potrafił ze swadą, dowcipnie, bez ukrytej złośliwości komentować, kto co powiedział i co działo się wokoło. Przy tym, w odróżnieniu od matki, wbrew pozorom był mniej zasadniczy, a w wielu sytuacjach wykazywał się rzadką jak na tamte czasy tolerancją, chociażby wobec Andrzeja.

Kiedy weszła do pokoju bez zwłoki zabrała się za rozścielanie łóżka. Gdy odrzuciła pierzynę, ku swojemu zaskoczeniu u wezgłowia zobaczyła ładnie złożoną górę od piżamy. Bardzo była zadowolona z gestu matki Andrzeja, ponieważ nie musiała kłaść się goła do łóżka. – „Chyba to jest piżama Andrzeja” – pomyślała, rozpinając guziki przyszyte z prawej strony bluzy. Po czym zrzuciła z siebie ciuszki i ubrana w o wiele za obszerną górę od piżamy poszła do łazienki. Tam weszła do wanny i uruchomiła prysznic – „Nawet białe mydło mają” – zauważyła zdziwiona. – „Chyba wyszabrowane od Niemców. Jakby był tata, też bym wszystko miała” – dodała w myślach i w momencie kiedy jej ciało oblał kojący strumień ciepłej wody odruchowo spojrzała na drzwi łazienki. Z przerażeniem  zobaczyła, że ktoś delikatnie je otwiera. Próbując zasłonić się rękami z wrażenia o mało nie krzyknęła. Ku jej zaskoczeniu w drzwiach stanął Andrzej znacząco trzymając palec na ustach.

          – Ciii…choo, bo usłyszą nas rodzice – to mówiąc, zamknął drzwi, założył haczyk i nie zwracając uwagi na jej groźną minę, zaczął szybko zdejmować piżamę. Po czym z rąk Janki wziął mydło i nie pytając czy może, delikatnie namydlił jej plecy. Następnie przytulił się do niej, położył swoje dłonie na jej brzuchu, a one wiedzione własnym instynktem, szukając wrażliwych miejsc gotowych przyjąć wysyłany impuls pożądania, delikatnie zaczęły błądzić po całym jej ciele opuszczając się coraz niżej i niżej. Ulegając wzrastającemu podnieceniu Janka obróciła się przodem do Andrzeja, bez słowa objęła go mocno za szyję i…, podciągając się do góry, nogami oplotła go w biodrach. W tym czasie spadające z prysznica krople ciepłej wody, rozpryskujące się na tysiące drobinek i mieniące się tęczą kolorów, sprawiały wrażenie okalającego ich płaszcza, utkanego z materii potęgującej nieuchronny cud spełnienia. Później jeszcze długo się całowali. Tak to po raz pierwszy nieszablonowo wyzwolone uczucie namiętności i pożądania jeszcze bardziej związało ich ze sobą.

 

*

Wraz z upływem czasu i wyniesionymi z konspiracji życiowymi doświadczeniami, czując się już w pełni ukształtowaną kobietą, Janka instynktownie dążyła do stabilizacji. Coraz częściej snuła z Andrzejem wspólne plany na przyszłość. Postanowili sobie, że jak razem szczęśliwie dotrwają do końca wojny, będą korzystać i cieszyć się z życia ile tylko się da. Wszystko też wskazywało na to, że stanie się jak marzyli, bo rzeczywiście nie spotkało ich żadne nieszczęście i wojnę przeżyli. A sytuacja, która w decydujący sposób zaważyła na ich dalszym losie, wydarzyła się dopiero po jej zakończeniu w okolicznościach zupełnie dla nich niespodziewanych. Jej początek miał miejsce w Tarnopolu, jeszcze w czasie okupacji.

Była wówczas o czternastej umówiona z Andrzejem na skrzyżowaniu Plantów z ulicą Trzeciego Maja, aby przekazać wiadomość, żeby razem z „Kuną” dokładnie o godzinie szesnastej przeszukali mieszkanie „Czyżyka” i dokumenty oraz wszelkie zapiski, a także znalezione luźne notatki przekazali jej najpóźniej do godziny osiemnastej. Czekała na niego koło zegara nomen omen w miejscu, gdzie wcześniej z wyroku Armii Krajowej rozstrzelano ukraińskiego agenta gestapo. Po godzinie czekania, zmartwiona faktem że nie przyszedł, wróciła do domu, myśląc o najgorszym. Kiedy miała już iść do „Majora” z wiadomością, że Andrzej na spotkanie nie przyszedł na szczęście sprawa się wyjaśniła, gdyż kilka minut przed osiemnastą obydwaj z „Kuną” przyszli do niej z dwoma walizkami. Otwierając im drzwi, zdenerwowana zapytała:

          – Co się stało, że nie było ciebie w miejscu gdzie mieliśmy się spotkać?

          – A co się miało stać?

          – No wiesz! Uważasz, że to jest odpowiedź? Martwiłam się, a poza tym miałam ważną sprawę do przekazania i teraz będziesz się z tego tłumaczył, ale już nie przed mną. A to co? Wyjeżdżacie? – zdziwiona dodała, patrząc na walizki.

          – Chyba, że do ciebie – śmiejąc się, mrugnął do niej „Kuna”.

          – Ktoś przyszedł, Janeczko? – usłyszeli głos ciotki Janki, a w ślad za nim zobaczyli wychyloną z pokoju jej głowę.

          -  To do mnie, ciociu.

          -  Rozumiem – po czym głowa ciotki zniknęła i drzwi bezszelestnie się zamknęły, a Janka wróciła do przerwanej rozmowy;

          – O Boże! Jakie te walizki są ciężkie. Kamieni do środka napchaliście? – zapytała, próbując podnieść je, aby wstawić do przedpokoju.

          – Papier, kochana, papier jest taki ciężki. „Major” kazał zanieść do ciebie, więc bierz – gdy Andrzej  z „Kuną” pomogli wnieść je do przedpokoju zamknęła drzwi i  wskazując oczami na walizki, zapytała ;

          – A skąd żeście tyle go wzięli?

          – Z mieszkania „Czyżyka”.

          – Aaaa, więc byliście tam? On jest pisarzem?

          – I to jakim! Ale już nie jest, bo kiedy czyściliśmy mieszkanie, w tym samym czasie został rozstrzelany. To jeszcze nic. Zobacz! – mówiąc to, Andrzej wyjął zza pazuchy ładnie inkrustowaną szkatułkę sporych rozmiarów.

          – Jak to rozstrzelany? – jedynie zdążyła zapytać i oniemiała, nie ukrywając dużego wrażenia jakie zrobiły na niej oczka pierścionków mieniące się kolorowymi refleksami światła, przyglądała się otwartej szkatule pełnej złotych precjozów. – Na raz jeszcze tyle złota nie widziałam – z wrażenia przełknęła ślinę. – To wszystko było jego? – zapytała z powątpiewaniem w głosie.

          – Cholera wie. Wygląda na to, że oprócz zajmowania się donosicielstwem również był  szmalcownikiem.

          -  To straszne. Naprawdę go zabiliście? -  odwróciła wzrok od kasety badawczo przyglądając się  twarzy Andrzeja i „Kuny” aby wysondować, czy powiedzą prawdę – Wiem, że mieliście tylko przeszukać jego mieszkanie, a nie zabić – nie będąc do końca pewna, czy rzeczywiście go zabili prowokowała do powiedzenia prawdy.

          – Jak to się mówi, dostał czapę, ale nie my wykonaliśmy wyrok. Zrobili to ludzie z Kedywu[7]. I nie zabili go, lecz rozstrzelali. Pamiętaj moja droga; roz-strze-la-li! Będąc żołnierzem musisz dostrzec różnicę między rozstrzelaniem, a zabiciem. Rozstrzelanie jest następstwem prawomocnego wyroku Państwa Podziemnego i tak też było w jego przypadku, natomiast zabicie już niekoniecznie. A zresztą, nie ma co filozofować. Został rozstrzelany i tyle. Jakbyś słyszała, co na odprawie o nim mówili, sama byś go ukatrupiła. Bo to był rzadki okaz cwanego i zimnego skurwiela. A co robił i do czego był zdolny, dla zwykłego człowieka jest nie do uwierzenia. Okazało się bowiem, że był podwójnym, a nawet potrójnym konfidentem, gotowym dla zysku zabić nawet własną matkę! Już przed wojną szpiclował dla policji. Później donosił ruskim na Polaków, a kiedy Niemcy zdobyli Tarnopol, został zwerbowany przez gestapo. Na ich polecenie współpracował z OUN-UPA i także z nami. Gdyby nie fakt, że brał udział w jednej z akcji organizowanej przez UPA oraz to, że rozpoznały go niedoszłe ofiary, dalej nie mielibyśmy twardych dowodów o roli, jaką odgrywał. Taki to był cwaniak! Więc nie ma się co dziwić, że zapadł wyrok skazujący go na karę śmierci wraz z poleceniem przeszukania mieszkania. Bo były także sygnały, że prowadził dziennik, czy coś w tym rodzaju. Jak widzisz, to się potwierdziło. Mamy dwie walizki pełne dokumentów, różnych pisemnych zobowiązań i deklaracji – dokończył zadowolony – Jeszcze jedno, pamiętaj Janeczko –zamilkł na chwilę i dla podkreślenia tego co chciał powiedzieć skrzywił usta – żeby pod żadnym pozorem nie ufać Ukraińcom, ponieważ nigdy nie wiadomo, który z nich jest banderowcem lub szpiclem, a który porządnym człowiekiem. Zresztą – machnął ręką – teraz oni wszyscy w dzień deklarują przyjaźń i nocą mordują.

          – Wiem. A złoto?

          – Na pewno wyłudził od swoich ofiar.  Dasz sobie sama radę? – wskazał oczami na walizki. 

          – Chyba żartujesz. Pójdę powiedzieć, że przesyłka jest u mnie i niech zdecyduje co z nią zrobić.

          -  To może iść z tobą?

          -  Chcecie iść ze mną? – odpowiedziała zdziwiona, zastanawiając się, czy dobrze zrobi jeżeli się zgodzi.

          – Dasz wózek, załadujemy na niego walizki i to wszystko razem zawieziemy „Majorowi”. Co wy na to? – wtrącił „Kuna” patrząc na nich pytającym wzrokiem –  A ty tak dużo nie gadaj, bo jeszcze nieszczęście sprowadzisz – dodał zły z powodu gadulstwa Andrzeja.

          -  Prawdę mówisz. Niepotrzebnie się rozgadałem, ale musiałem to z siebie wyrzucić – westchnął 

Już dłużej nie zwlekając, z walizkami zeszli na dół. Janka z komórki wyniosła ciotki wózek. Do środka włożyli walizki, dla niepoznaki przykrywając je płachtą starego płótna. Tak uszykowani ruszyli w drogę. Andrzej z Janką prowadzili wózek, a za nimi dla większego bezpieczeństwa w niedalekiej odległości szedł „Kuna”. Ulicą Wałową doszli do ulicy Trzeciego Maja. Następnie przecięli ulicę Mickiewicza i Pasażem Adlera doszli do ulicy Kopernika. Stamtąd do skrzyżowania z ulicami Piłsudskiego i Sokoła, gdzie w mieszkaniu na drugim piętrze budynku stojącego na rogu, po prawej stronie ulicy, czekał na Jankę „Major”. Znakiem rozpoznawczym były uchylone drzwi balkonowe, zza których miała na zewnątrz wystawać firanka. Gdyby jej nie było widać, Janka miała polecenie nie zatrzymywać się, lecz iść dalej. Widząc znak, Andrzej z „Kuną” zaprowadzili wózek na podwórko, a Janka poszła zameldować swoje przybycie. Kiedy w umówiony sposób zapukała, „Major” natychmiast otworzył drzwi.

          – Długo kazałaś na siebie czekać – niemal wybuchnął na powitanie.

          – Melduję, że wszystko zostało wykonane zgodnie z rozkazem. Za spóźnienie przepraszam, ale Andrzej z „Kuną” przyszli do mnie po czasie. Ponieważ przynieśli walizki i są one bardzo ciężkie, musieliśmy wziąć wózek żeby je tutaj przywieźć.

          – Że też przez tyle lat nie mogę nauczyć was punktualności. A gdybym nie zaczekał, co byście wtedy zrobili? – powiedział spokojniejszym tonem i patrząc na jej skruszoną minę, dodał; – akcja to nie randka na którą można się spóźnić. A teraz idź już i powiedz, żeby wnieśli walizki na górę.

          – Wedle rozkazu – zbiegając  po schodach mruknęła zadowolona.

          – I co, warczał?

          – Trochę…, i nieźle oberwało mi się za was – z wyrzutem wymownie popatrzyła na Andrzeja – ale kiedy powiedziałam o walizkach, wtedy jakby mu przeszło.

          – W takim razie zabezpiecz Janeczko wózek, żeby nie daj Boże ktoś go nie ukradł, a my z walizami idziemy na górę. Co się „Kuna” gapisz? Łap się za tą większą i chodźmy, bo szkoda czasu.

Janka łańcuchem spięła wózek ze słupkiem. Następnie zamknęła łańcuch kłódką i poszła za nimi. Kiedy weszła do mieszkania, oni przeglądali porozrzucane na stole papiery wyjęte z walizek.

          – No, coś takiego. Patrzcie, plik darowizn na jego rzecz. A tu nazwiska i pseudonimy striłców[8]. Niesłychane – mówił pod nosem „Major”. – Oo…o, zobaczcie! To są przecież plany naszej akcji sprzed roku. A tu znowu cały plik notatek. Ale skurwiel, no nie? Ty, Janeczko, nie słuchaj, tylko zrób nam herbatę.

          – Popatrzcie tutaj – odezwał się „Kuna” – pełne dwie strony nazwisk i adresów. Są też wasze nazwiska, ale na szczęście bez adresów – zwrócił się do Andrzeja i „Majora”.

          – I to podkreślone! A to sukinsyn, no nie? – dodał „Major” patrząc mu przez ramię. – Dobrze, że go kropnęli. Dla porządku trzeba będzie to wszystko posegregować.

          – To jeszcze nic, spójrz na to – Andrzej zwrócił się do „Majora” i otworzył szkatułkę trzymaną do tej pory za pazuchą.

          – Jasna cholera! Tego się nie spodziewałem – zaskoczony widokiem złota i pieniędzy „Major” z wrażenia aż przełknął ślinę. – To on i Żydów wydawał, bo skąd by tyle tego nazbierał. Wiecie, że w trzydziestym dziewiątym połowę mieszkańców Tarnopola stanowili Żydzi?

          – Co ty mówisz. Naprawdę?

          – Gdzie się chowałeś, ze nie wiesz o tym?

          – Od urodzenia w Tarnopolu. – „Kuna” wzruszył ramionami

          – A getto pamiętasz?

          – Śmieszne. Co mam nie pamiętać. Spędzili ich tam z całego powiatu. Biedni ludzie. Byli bez wyjścia. Najgorsze, że nie można było im pomóc.  Boże drogi, bez powodu zabić tyle tysięcy ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. To się w głowie nie mieści. Nie uważasz?

          – Uważam, uważam. Wielkie skurwysyństwo. Sznur dla takich morderców to za mało. Janeczko! Przyjdź szybko do nas, bo chcę coś bardzo ważnego powiedzieć! – krzyknął, odwracając się w stronę kuchni. – Słyszysz?! I dawaj wreszcie tę herbatę! – Czekając, aż przyjdzie, zamyślony oglądał srebrną jednodolarówkę. – Prawdziwa. Jest więcej warta niż waży – mruknął uśmiechając się pod nosem. – Dmuchnęliście coś? Może po dziesięciodolarówce, bo jest jedna – zwrócił się do nich.

          – Ty chyba żartujesz – obrażony odpowiedział „Kuna”.

          – Co mam żartować – „Major” spojrzał na niego, udając powagę. – Teraz panują wilcze prawa wojny, więc nie masz co się obrażać, a ja mam prawo zapytać. No i pomyśl, czy poważne jest moje pytanie o dziesięciodolarówkę, jeżeli popatrzysz na to, co leży na stole? – wzruszył ramionami.

„Kuna” łapiąc, że żartuje już nic nie odpowiedział, jedynie patrzył na Jankę i zastanawiał się, czy uda się jej donieść herbatę nie rozlewając.

          – Słuchajcie mnie teraz uważnie –„Major” zaczął rozmowę – Po pierwsze, macie trzymać gęby na kłódkę, żeby nikt się nie dowiedział o akcji z „Czyżykiem”. Chcemy pozostawić Szwabom wrażenie, że to robota UPA. Dla formalności przypominam wam słowa przysięgi. Jak to Janeczko idzie? Powiesz nam?

          -Tak; „…rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonego przezeń dowódcy będę bezwzględnie posłuszny i tajemnicy bezwzględnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało…”.

          – Ty masz pamięć, że ho,ho,hoo! – pełen uznania mrugnął do niej okiem – I o tej sprawie na tyle, kapujecie? Po drugie i tylko do waszej wiadomości – szykuje się akcja na niespotykaną do tej pory skalę. Żeby uniknąć głupich wpadek oraz niepotrzebnych ofiar, musimy wyczyścić przedpole. Właśnie to się dzieje. Więc już się domyślacie, że nieświadomie też braliście w tym udział. Teraz weź Janeczko kartkę, pióro i spisz po kolei, co leży na stole – dodał, wysypując zawartość szkatułki. Kiedy spisała, kartkę włożył do kieszeni.

          – Skarb powierzam twojej pieczy. Schowaj go w bezpieczne miejsce i dobrze pilnuj.

Janka słysząc jego słowa przeraziła się odpowiedzialności i wahała się, czy powinna zostać depozytariuszem tak dużego majątku. Lecz po namyśle zdecydowała się jednak nie odmawiać. Tym bardziej, że na pytanie: „na jak długo”, „Major” odpowiedział niedwuznacznym wzruszeniem ramion, przy tym popatrzył na nią takim wzrokiem, że odechciało się jej dalej rozmawiać na ten temat.

          – A wam – kontynuował „Major” – bardzo dziękuję. I jeszcze jedno – podniósł wskazujący palec – czy może ktoś widział, jak wchodziliście, lub wychodziliście z mieszkania tego sukinsyna?

          –  Cieć nas widział – odpowiedział „Kuna”.

          – W takim razie, na wszelki wypadek, na dwa tygodnie pójdziecie do lasu. Więc teraz idźcie do domu, spakujcie rzeczy i migiem wracajcie. Będę tutaj na was czekał. A ja w tym czasie, razem z Janeczką, trochę uporządkujemy te śmieci – wskazał oczami na papierzyska walające się po stole i podłodze.

Później wszystko potoczyło się bardzo dynamicznie. Janka nawet nie odczuła braku Andrzeja, tak szybko w wirze zajęć minęły jej wspomniane dwa tygodnie nieobecności Andrzeja i „Kuny”. W ramach przygotowań do akcji „Burza” o której wspomniał im „Major”, pod koniec 1943 roku rozpoczęła się mobilizacja oddziałów AK. Zgodnie z planem batalion „Majora” został włączony do 54. Pułku Piechoty Strzelców Kresowych, lecz dla nich właściwie nie miało to większego znaczenia ponieważ ich terenem działania w dalszym ciągu pozostał Tarnopol i okolice.

W tej gorącej atmosferze przygotowań, coraz bardziej realna stawała się nadzieja na rychłe wyzwolenie. Powszechnie czuło się, nawet wśród Niemców, że ofensywa połączonych wojsk AK i Armii Czerwonej wisi w powietrzu, a jej nieuchronne rozpoczęcie uzależnione jest jedynie od pogody.

Walki o miasto rozpoczęły się w pierwszych dniach marca i trwały do połowy kwietnia. W tym czasie Tarnopol kilkakrotnie przechodzi z rąk do rąk, czemu towarzyszyły coraz większe zniszczenia spowodowane ostrzałem, a także ulicznymi walkami. Ostatecznie sowieci, przy znacznym wsparciu AK, zdobyli miasto 16 kwietnia i nastały nowe porządki. Jednak, zamiast spodziewanej współpracy, sowieci zabrali się za rozbrajanie oddziałów AK, lub wcielali je do tak zwanych batalionów pościgowych[9] podległych NKWD. Zadaniem tych batalionów było chronienie ludzi przed atakami UPA, co zdawało się nie być złe, gdyby nie fakt, iż przy okazji NKWD rozpoczęła na dużą skalę aresztowania sztabowców z wybranych oddziałów AK, a niezależnie od tego prowadziła intensywne poszukiwania osób działających w tajnej administracji cywilnej Państwa Podziemnego.

Aby uniknąć ewentualnego aresztowania, na polecenie dowództwa; Janka, Andrzej, „Kuna” i „Major” oraz jeszcze kilka innych osób z batalionu „Majora” znalazło się w zgrupowaniu „Warta[10]”. Kolejna akcja, już w pobliżu Lwowa w której wziął udział Andrzej z Janką, ku ich zaskoczeniu ujawniła, że ich złapaniem zainteresowane jest nie tylko NKWD, ale również nowo powstały Resort Bezpieczeństwa Publicznego[11]. To już nie były żarty ponieważ musieli liczyć się z najgorszym. Tym bardziej, że teren niedaleko Lwowa, na którym wówczas działali, dość skutecznie był penetrowany przez NKWD. Szukając dla siebie ratunku, postanowili skontaktować się z „Majorem”, licząc na jego pomoc.

          – Musicie mieć swojego anioła stróża albo wyjątkowego pecha – powiedział, gdy się spotkali w kontaktowym mieszkaniu, używanym wyłącznie na potrzeby konspiracji – A tak przy okazji wiecie, że aresztowali „Kunę”?

          – Jasny gwint! Dawno? – zapytał Andrzej.

          – Tydzień temu. Dlaczego pytasz?

          – Pytam, ponieważ kto wie, czy nie ma to związku z aktywnością UBP wobec nas.

          – Nie przypuszczam, ale też nie zaprzeczam, bo jak popatrzeć na to co się teraz dzieje, wszystko jest możliwe.

Andrzej nie był pewien swojej hipotezy. Lecz aby ją wykluczyć, natychmiast zaczął z fotograficzną dokładnością odtwarzać w pamięci, co takiego między nimi zaszło w Tarnopolu po rozstrzelaniu konfidenta. Niby wszystko układało się dobrze, ale teraz zastanowiło go, że przy byle okazji „Kuna” wracał do sprawy depozytu złożonego u Janki. Poniekąd mógł się czuć jego współwłaścicielem, więc w jakimś sensie miał do tego prawo – usprawiedliwiał go w myślach. Następnie założył, że może go złamali, a on opowiedział o złocie i dlatego ktoś z bezpieki nimi się zainteresował. Jeżeli byłaby to prawda, nie pozostawało im nic innego, jak wiać. Bo nawet gdyby kasetę oddali, ten ktoś i tak chciałby prawdopodobnie ich zatłuc, chociażby po to, żeby bez żadnych skrupułów i obaw pozbyć się świadków i bez skrupułów móc wszystko sobie przywłaszczyć. Również uświadomił sobie, że jeżeli jego hipoteza okaże się prawdziwa „Major” też był narażony na niebezpieczeństwo z czego w tej chwili chyba nie zdawał sobie sprawy. Kiedy jeszcze będąc chłopcem czytał książki o znalezionych lub zrabowanych skarbach zapamiętał, że takiemu zdarzeniu zawsze towarzyszyła czyjaś śmierć. Szczególnie odnosiło się to do złota. Aby je zdobyć, bohaterowie opowieści posuwali się do najohydniejszych zbrodni. A on nie miał zamiaru ginąć ani też nie chciał, żeby coś złego spotkało Jankę. I ni stad ni zowąd nagle zaświtała mu w głowie pewna myśl, żeby rzucić to wszystko i wyjechać. Do pewnego stopnia myśl wydawała się absurdalna, ale po namyśle uznał, że nie zaszkodzi zapytać „Majora”, co o tym sądzi.

          – Słuchaj, co ty na to, gdybym skorzystał z dyrektywy dowództwa i wyjechał do Francji, aby nawiązać kontakt z tamtejszą konspirą? A może ty też byś pojechał? – dodał aby go bardziej zainteresować

          – Wiesz, że to chyba niegłupi pomysł – zupełnie zaskoczony „Major” po długim zastanowieniu odpowiedział – to może być jakieś wyjście z sytuacji – dodał, ponieważ miał coraz większą świadomość, iż niewielkie są szanse żeby wojnę zakończyć i przejąć w kraju władzę, tak jak zakładali jeszcze kilka miesięcy temu. –  Jeżeli mówisz serio w takim razie podniosę temat w najbliższej rozmowie z „górą” – głośno dopowiedział, dalej rozmyślając w duchu nad sensem pomysłu Andrzeja. Przy tym zdawał sobie sprawę, że jeżeli sytuacja w takim tempie będzie niepomyślnie się rozwijała, a NKWD i UBP zwiększy swoją aktywność, rzeczywiście może być trudno zachować życie takim jak on. W tym kontekście pomysł Andrzeja, im dłużej o nim myślał, mimo pozornej absurdalności zdawał się być coraz bardziej interesujący – Dobra nasza, moi drodzy – kierując wzrok na Andrzeja pokiwał głową -  przyjdźcie jutro o tej porze co dzisiaj, wtedy do twojego pomysłu wyjazdu jeszcze wrócimy, bo teraz już muszę iść. Aa…a, o mało nie zapomniałem – ciągle analizując w myśli słowa Andrzeja, na koniec zwrócił się do Janki.

          – Na jutrzejsze spotkanie przynieś Janeczko nasz skarb, dobrze? Janka zupełnie zaskoczona beznamiętnie pokiwała głową, a gdy się pożegnali z Majorem, pełna niepokoju z wyrzutem zwróciła się do Andrzeja:

          – Do Francji chcesz się dostać? A co ze mną?

          – Jeżeli pojadę, to przecież z tobą, kochany głuptasie.

Rzeczywiście pomysł wyjazdu zdawał się być jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji w jakiej się znaleźli. Optymistyczne komunikaty mówiące na odprawach, że sytuacja jest przejściowa, że to jeszcze nie koniec wojny budziły w nim coraz więcej wątpliwości, a od czasu podanej informacji o podstępnym aresztowaniu przez NKWD szesnastu przywódców Państwa Podziemnego[12] i napływających ze wszystkich stron  wiadomościach o nowych aresztowaniach wśród znajomych, którzy zdawali się być głęboko zakonspirowani, instynkt coraz natarczywiej ostrzegł Andrzeja przed podobnym losem jaki mógł w każdej chwili spotkać jego i Jankę. W tych okolicznościach pomysł wyjazdu który mu przyszedł do głowy zdawał się być jedynym rozsądnym wyjściem.  Na drugi dzień czekali na „Majora” na skwerze, nieopodal kamienicy i mieszkania, gdzie dzień wcześniej się spotkali. …cdn….

 

 

 


[1] – przywódca nazistowskich nacjonalistów ukraińskich

 

 

[2] – Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów

 

 

[3] – Minister Spraw Wewnętrznych II RP w latach 1931 -34

 

 

 

[4] operacyjny pracownik NKWD

 

 

[5] NKWD-owska katownia w której zamordowano w okresie 1940 – 1941 przeszło trzy tysiące polskich oficerów. Ich zwłoki zostały zakopane na przedmieściach Kijowa w lesie, w Bykowni. Część nazwisk znalazła się na Liście Katyńskiej.

 

 

 

[6] Miejscowość gdzie Niemcy wraz z ukraińską policją w lipcu 1943 roku rozstrzelali około 1500 Żydów

 

 

[7] Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej, potocznie Kierownictwo Dywersji. – pion Armii Krajowej przeznaczony do prowadzenia akcji bojowych i dywersyjnych, powołany do życia rozkazem Komendanta Głównego AK z dnia 22 I 1943.

 

 

 

[8] Ukraińscy żołnierze tworzący jednostki SS „Galizien”, słynący z dokonywania najokrutniejszych zbrodni na Polakach.

 

 

 

[9] Istriebitielne bataliony (szturmowe, niszczycielskie) były dla Polaków i Sowietów orężem operacyjnym do zwalczania nacjonalistycznego podziemia ukraińskiego.

 

 

[10] Zgrupowanie „Warta” ochraniało polskie wsie przed atakami UPA. Było także przygotowywane na odbicie Lwowa, gdyby miasto przyznane zostało Polsce. Rozwiązanie zgrupowania nastąpiło w dniu 15.08.1945 roku.

 

 

[11] instytucja utworzona VII 1944 w Polsce gł. w celu obrony organów władzy państw. podległych PPR, do pacyfikowania oporu społ. oraz ochrony porządku publicznego; do 31 XII 1944 resort bezpieczeństwa publicznego (część kierownictwa ministerstwa i kadry dowódczej KBW stanowili oficerowie sowieccy i obywatele polscy będący niejawnymi współpracownikami NKWD); Resort Bezpieczeństwa Publicznego był nadzorowany przez Biuro Polit. KC PPR, następnie PZPR (od 1949 przez Komisję Biura Politycznego KC PZPR ds. Bezpieczeństwa Publicznego); Ministerstwu podlegały wojew. i powiatowe urzędy bezpieczeństwa publicznego (WUBP, PUBP) oraz MO, Wojska Wewn. (od V 1945 Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego), więzienia i obozy pracy, WOP (od 1949); liczyło kilkadziesiąt tys. funkcjonariuszy (bez MO i KBW); min.: S. Radkiewicz; MBP prowadziło: wywiad, kontrwywiad, kontrolę wszystkich organizacji i instytucji: społ., polit., gosp., zwalczało opozycję polit. (PSL), podziemie niepodległościowe 1944–56, Kościół katolicki.; przygotowywało procesy polit. (pokazowe i tajne), w tym członków kolejnych ZG WiN, działaczy polit. stronnictw związanych w okresie II wojny świat. z władzami RP na uchodźstwie, dowódców AK i in. organizacji konspiracyjnych; stosowało przestępcze metody śledztwa (tortury fiz. i psychiczne); XII 1954 przekształcone w Minist. Spraw Wewn. i Kom. ds. Bezpieczeństwa Publicznego; 1956–57 kilku oficerów MBP zostało skazanych na kary więzienia, m.in. wicemin. R. Romkowski oraz dyr. departamentów: śledczego — J. Różański i dziesiątego (ochrony PZPR) — A. Fejgin. (wykorzystano informacje; encyklopedia.pwn.pl/haslo/Ministerstwo-Bezpieczenstwa-Publicznego;…)

 

 

 

[12] 27/28 marca 1945 r. NKWD aresztowało podstępnie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, których następnie przewieziono do Moskwy i osadzono w więzieniu na Łubiance mimo zagwarantowanego wcześniej bezpieczeństwa. Zostali oni następnie skazani w tzw. Procesie Szesnastu. (www.historia.org.pl)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>