Niepublikowana powieść w odcinkach…

Powieść

Rozdział I – ONA – cd. odcinek 2

Po napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, kiedy jeszcze broniła się Warszawa i twierdza w Modlinie, kiedy bronił się Lwów i trwała bitwa nad Bzurą, o świcie 17 września 1939 r. Polska nieoczekiwanie została zaatakowana przez Sowietów. Jak się później okazało, związanych z hitlerowcami paktem Ribbentrop-Mołotow. Jeszcze przed zakończeniem walk okupanci podzielili między siebie strefy wpływu na linii Narwi, Bugu i Sanu, podpisując 28 września 1939 r. stosowny traktat o granicach i przyjaźni. W tej sytuacji klęska wojsk polskich była już tylko kwestią czasu.

I tak, pod okupacją sowiecką nieoczekiwanie znalazło się ponad pięć milionów Polaków. Jakby tego było mało, sześć miesięcy później najwyższe władze państwa sowieckiego, w osobach: Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa oraz Mikojana, zatwierdziły własnymi podpisami notatkę Ł. Berii z 5 marca 1940 r., akceptując w ten sposób propozycję dokonania zbrodni ludobójstwa na dziesiątkach tysięcy Polaków. Ofiarami stały się liczne grupy społeczne stanowiące o kulturze i wartości naszego narodu. Czekało na nie kilkadziesiąt obozów NKWD założonych jeszcze w latach 19331938, w czasie tak zwanej operacji polskiej, gdzie wówczas zamordowano ponad siedemdziesiąt tysięcy Polaków. W 1940 r. historia miała się powtórzyć.

 

……………

 

     

          – Szyja mnie boli od ciągłego gapienia się na tę cholerną bramę i ulicę – bezwiednie rozgrzebując patykiem żwir pod nogami, Andrzej odezwał się zły, że „Major” nie przychodzi – jak długo już na niego czekamy?

          – Mijają dwie godziny. Zamiast grzebać patykiem lepiej zrobisz gdy mnie obejmiesz. No co tak dziwnie na mnie patrzysz? Może niepotrzebnie mówiłeś o Francji?

          – Potrzebnie, potrzebnie, bądź spokojna, przyjdzie na pewno – wymownie wskazał na torbę z kasetą, po czym objął Jankę i mocniej przycisnął do siebie – jeżeli nie przyjdzie i tak się urywamy, bo nic tu po nas. A i życie jest mi coraz bardziej miłe – dodał całując ją w policzek.

Po przejściu do zgrupowania „Warta” jeszcze przez krótki czas liczył, że zła passa odwróci się, lecz z każdym kolejnym dniem wiara w lepsze jutro, w zderzeniu z rzeczywistością coraz widoczniej stawała się jedynie złudną nadzieją, a informacja „Majora” o aresztowaniu „Kuny” dopełniła czary i dlatego myśl o wyjeździe zdawała się być najlepszą jaka zaświtała mu w głowie. Jeśli jego śmiały, na wpół improwizowany plan miał się powieść musiał rozegrać wszystko bardzo starannie i przekonać do wyjazdu nie tyle Jankę, bo to już zrobił, co „Majora”, bo przecież ciągle był żołnierzem.

          – Zobacz idzie!

          – Idzie?! Gdzie idzie? – jej głos wyrwał go z zamyślenia i jeszcze pogrążony w lawinie kłębiących się myśli przez moment szukał oczami sylwetki „Majora” – Niech to szlag, ten nasz parszywy los jedyne co, to zamienił czarnych nazistów na czerwonych komunistów.

          – Nie rozumie? – zwróciła na niego pytające oczy – jaki to ma związek z „Majorem”

          – E..ee, żaden. Wyrwało mi się i tyle – zdążył dodać, zanim „Major” do nich się zbliżył.

          – Aaa, jeszcze jesteście? To dobrze, bo inaczej musiałbym po was posłać. Z daleka wyglądacie jak dwa gruchające gołąbki – zaśmiał się mrużąc oko – No, chodźcie. Pogadamy sobie, bo myślę.., że jest o czym – zachęcił i podał Jance rękę, pomagając wstać.

Gdy weszli do mieszkania Andrzej z Janką w pokoju usiedli na kanapie i czekali niespokojni, aż „Major” wyjdzie z kuchni i zacznie rozmowę. Słyszeli jak krząta się, postukując talerzami, a po chwili, jak rozpala ogień. Po paru minutach wyszedł trzymając w jednej ręce talerz z wędliną, a w drugiej koszyk z nakrojonym chlebem.

          – Co wy na to? – zapytał, kładąc wszystko na stole.

          – Chyba zanosi się na picie – odezwała się Janka nie bardzo zadowolona.

          – Mogłabyś wieszczyć – „Major” się zaśmiał. Po czym podszedł do kredensu, otworzył szafkę i wraz z kieliszkami wyjął butelkę z bimbrem – Nastawiłem wodę na herbatę, powinna za parę minut się zagotować – i z zagadkowym uśmiechem na twarzy rozlewając bimber do kieliszków zwrcił się do Andrzeja; – To co, podtrzymujesz pomysł wyjazdu?

          – Pewnie. Życie jeszcze mi miłe.

          – Więc wypijmy. Janka, nie ociągaj się – widząc, jak miętoli w ręku kieliszek – uniósł brwi i znacząco mrugnął – Wasze zdrowie! W sztabie rozmawialiśmy na wasz temat.- gdy wypili, zagaił rozmowę. – Oho, woda się gotuje. Słyszycie? Jeszcze zrobię herbatę, dobra? A potem po kolei wszystko opowiem.

          – Pomogę ci – Janka i za „Majorem” wyszła do kuchni.

„Jeżeli rozmowę zaczynamy od toastu to zdaje się, że z planem wyjazdu nie jest źle” – pomyślał Andrzej, nalewając bimber do pustych kieliszków. Akurat skończył kiedy oni ostrożnie niosąc szklanki z gorącą herbatą weszli do pokoju. „Major” swoją postawił na stole i widać było, że nad czymś się zastanawia;

          – Niestety, nie mam cukru, ale za to mam miód – po czym sięgnął do kredensu po słoik. Nie czekając aż wyjmie Andrzej wziął do ręki kieliszek;

          – Proponuję, żebyśmy wypili za zakończenie wojny. Co wy na to?

          – Który to już raz, za to pijesz? – drwiąco wtrąciła Janka.

          – Tego nigdy za dużo – zaśmiał się “Major” – I za wolną Polskę – dodał, stawiając na stole słoik z miodem.

          – A pewnie że tak. Za Polskę! – Andrzej mu zawtórował, Janka już nic nie mówiąc przyłączyła się do toastu i na stojąco razem wypili.

          – Częstujcie się, bo nie przyniosłem tego tylko po to, aby nacieszyć oko – wskazał oczami talerz pełen wędlin, co było wielką gratką dla ich wyposzczonych żołądków.

Janka odkroiła plasterek słoniny i położyła na kromce chleba.

          – Smaczna, je się jakby to było masło.

          – E, che…Nie krępuj się, spróbuj kiełbasek – zachęcił „Major”, napełniając na nowo kieliszki.

Widząc co się święci Janka swój przykryła dłonią – Ja pasuję –

          – Może jednak? – „Major” nie odpuszczał. Ponieważ nie reagowała dodał; – w takim razie my wypijemy twoje zdrowie, a ty pokażesz nam swoje klejnoty. Co ty na to? – nie czekając na reakcję, rubasznie się zaśmiał. Gdy wypili rozsunął talerze, a Janka zawartość kasety wysypała na stół. Wyraźnie było widać, że jest podekscytowany widokiem leżących przed nim banknotów, numizmatów i biżuterii. Najbardziej okazałe egzemplarze brał do ręki, z podziwem oglądając je z każdej strony. Szczególną uwagę wzrok „Majora” przykuły dwie złote monety o nominale dwudziestu pięciu rubli i w milczeniu bawiąc się jedną z nich, rozpoczął rozmowę;

          – Mimo, że było już trochę późno, tak jak obiecałem, zaraz po naszym spotkaniu skontaktowałem się z dowódcą, aby przedstawić wasz plan. Był nim niemniej zaskoczony niż ja, kiedy o tym powiedziałeś. Ale muszę też przyznać, że mieliście naprawdę wielkie szczęście, bo wczoraj wizytował nas „Sum” i stary szykował się do niego na odprawę. Zabrałem się z nim. Po odprawie jak wszyscy się już rozeszli i zostaliśmy we trzech, dokładnie opowiedziałem w czym rzecz. Bardzo mi zależało, żeby wszystko wypadło wiarygodnie i z sensem, bo jak zapewne się domyślacie, po aresztowaniu „Kuny” sytuacja w jakiej się znaleźliśmy może być zagrożeniem również dla mnie – kiwając głową na potwierdzenie własnych słów znacząco spojrzał na Andrzeja – Tak, tak bracie, teraz jesteśmy jak jedna, wielka rodzina. Zresztą…- zawiesił głos i odruchowo sięgnął po kieliszek, a że był pusty wymownie spojrzał na Jankę. Widząc, że kręci głową z westchnieniem cofnął rękę i wrócił do przerwanego wątku – …I wyobraźcie sobie, połknął haczyk! Powiedział, że jest to odważny, trochę zwariowany, ale interesujący pomysł wart dokładnego przedyskutowania. Wypytywał jeszcze o waszą przeszłość, poglądy i tym podobne.

          – Co o nas powiedziałeś?

          – Że poznałem was w Tarnopolu. Że razem przez ostatnie cztery lata pracowaliśmy w dywersji. Że byliśmy na paru akcjach przeciwko UPA. Że mam do was pełne zaufanie. Aha… i to, że zachowujecie się tak, jakbyście mieli już co najmniej trójkę dzieci – dodał ze śmiechem.

          – Zgłupiałeś? O co ci chodzi?

          – O nic, po prostu tak sobie powiedziałem. Ale prawdę mówiąc, zaschło mi w gardle. Wypiłbym teraz, na przykład, za zdrowie waszych przyszłych dzieci. Dobrze mówię? – Nie czekając co Janka odpowie napełnił kieliszek swój i Andrzeja. No, to zdrowie nienarodzonych! – Odruchowo odchylił głowę do tyłu, a po wypiciu odchrząknął – a teraz, zanim powiecie ile ich będzie, słuchajcie co było dalej; – ponieważ „Sum” chciał mieć trochę czasu, aby samemu wszystko przemyśleć oraz skontaktować się w tej sprawie jeszcze z kimś w Krakowie, decyzję odłożył do jutra, znaczy do dziś.

          – Nie pijcie więcej – upomniała Janka, gdy „Major” kolejny raz sięgnął po butelkę.

          – I co, czy źle powiedziałem, że zachowujesz się, jakbyś miała trójkę dzieci?

          – Trójkę mówisz? Chyba jest w tym trochę racji. Prawda Janeczko? – wtrącił Andrzej pokazując znacząco wyciągnięte w kierunku Janki trzy palce i wziął z rąk „Majora” butelkę aby dopełnić kieliszki.

          – Może prawda, może nie. Odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z osobami uzależnionymi. Daj mi tę flaszkę – zdecydowanym ruchem wyciągnęła rękę i postawiła flaszkę na podłodze, koło siebie – następny raz wypijecie, jak już wszystko opowiesz.

          – Chyba nie będziesz miał lekkiego życia… –  i pogodzony z losem "Major" wrócił do przerwanego wątku. – No więc, ponownie spotkaliśmy się dzisiaj rano. Pierwsze, o co „Sum” zapytał to, czy mamy zabezpieczone środki na takie przedsięwzięcie, bo oni nie dadzą ani złotówki. Odpowiedziałem, że owszem, że mamy trochę dolarów i złota zabranego z mieszkania „Czyżyka”, tego gościa co go Kedyw sprzątnął. A on na to, że słyszał o tym skurwielu i gratuluje nam wzorowo przeprowadzonej akcji.

          – I co dalej? – niecierpliwiła się Janka.

          – Potem przedstawił całkiem niezły plan, dzięki czemu przynajmniej jest konkret do którego możemy się odnieść, a nie tak, jak wy to proponujecie.

          – Nie krytykuj. Pomysł zawsze jest najważniejszy, a reszta to wyłącznie technika.

          – Może i tak jest, jak mówisz – wzruszył ramionami – Więc plan wygląda następująco: musicie dostać się do Paryża, bo tam jest największe skupisko polskiej inteligencji i skontaktować się z Polską Misją Katolicką. Oprócz poinformowania ich drogą radiową o waszym przyjeździe, przed wyjazdem dostaniecie stosowny list referencyjny z prośbą o udzielenie wam możliwej pomocy. Pamiętajcie, żeby list dobrze schować! A teraz zakarbujcie sobie w głowach co powiem. Do połowy września w Lignicy, w każdy wtorek od godziny piętnastej przez kwadrans, przy wejściu do ratusza będzie czekał na was łącznik. Poznacie go po chlebaku przewieszonym na lewym ramieniu. Zapytacie go; „Pan ze Lwowa?”, on ma odpowiedzieć; „Jutro jadę”. Przeprowadzi was przez zieloną granicę, a dalej może już być ciężej, bo nie ma pewności, czy po drugiej stronie ktoś was odbierze. Ale o tym dowiecie się od niego. I to niestety jest słaby punkt całej operacji. Powiedziałem staremu, że znasz niemiecki, więc powinieneś dać sobie radę. Teraz sporo ludzi wraca z robót, z Niemiec… Co tak Janeczko dziwnie mi się przyglądasz…? Źle mówię..?

          – Mam zwyczaj patrzyć na mówiącego.

          – …Pozwolisz..? Bo w gardle całkiem mi zaschło – i widząc, że nie ma nic przeciwko temu, wypił zawartość – Najlepiej, żebyście na nasze potrzeby zorganizowali jakąś kamienicę – nieoczekiwanie wypalił wycierając usta wierzchem dłoni. – Na przykład niech nazywa się „Dom Polskiego Uchodźcy”.

          – “Dom Polskiego Uchodźcy” – Janka zaskoczona powtórzyła bez entuzjazmu – może lepiej by było; “Dom Polskiego Emigranta”, albo po prostu “Dom Polski”. Ale… zaraz, zaraz, mówisz dom? Za co mamy kupić taki dom?

          – Macie głowy, więc myślcie – wzruszył ramionami – Możecie równie dobrze wynająć, a jak nie, to wybudujcie. Wasz problem.

          – Wybudować…? Hym…Nie bardzo rozumiem – dalej drążyła zaskoczona takim pomysłem.

          – Jakie pytanie taka odpowiedź, moja droga. W każdym razie, kiedy do was przyjedziemy, chcemy mieć gdzie zamieszkać. Rozumiesz teraz?

          – Znaczy, że wy też pryskacie?! – zdziwiony spojrzał na niego Andrzej.

          – Najprawdopodobniej. Jak to się mówi, jeszcze co nieco musimy posprzątać i… – przez chwilę zadumany patrzył na Andrzeja – zobaczymy jak dalej wszystko się ułoży. Tak, tak, mój drogi, idą zmiany. Być może zapadnie decyzja żeby zmienić dotychczasową formę funkcjonowania organizacji, zresztą, nie ma co teraz o tym mówić, bo to ani czas, ani miejsce – zreflektował się – Ale już nie przerywaj i uważnie słuchajcie… – zrobił pauzę – to jest bardzo ważne – jeszcze podkreślił z dającą się w głosie wyczuć nutą wesołości i z pełną powagą powiedział; – Od teraz Janka jest twoją siostrą, a ty jej bratem.

          – Ale broń Panie Boże! – żachnął się Andrzej – Czyś ty aby nie zwariował? Ja nie chcę być posądzany o grzech kazirodztwa – zaśmiał się.

          – Nie mam pojęcia o czym ty mówisz i na co liczysz – Janka zła na to, co powiedział, wtrąciła speszona – Mów dalej – zwróciła się do „Majora” – bo to zaczyna być coraz bardziej interesujące.

          – Powiem ci, że ja też wolałbym, żeby ona nie była moją siostrą – “Major” w stronę Andrzeja filuternie zmrużył oko – Ale rzeczywiście wracajmy do rzeczy, bo czasu jest niewiele. Więc, jak powiedziałem, jesteście rodzeństwem i jako wysiedleńcy jedziecie na Ziemie Odzyskane.

          – Niby skąd zostaliśmy wysiedleni?

          – Z Oryszkowiec koło Husiatyna.

          – Aleś wymyślił. Prawdę mówiąc, za bardzo nie wiem gdzie jest ta wiocha. A ty wiesz? – zwrócił się do Janki

          – Skąd mam wiedzieć?

          – No tak, to prawda – zamyślił się na chwilę – Byłem raz w Husiatynie. Ładne miasteczko. Leży Janeczko niedaleko granicy z Ukrainą. Pamiętam, że koło Husiatyna, no może nie aż tak bardzo koło. W każdym razie niedaleko, a konkretnie w Liczkowcach jeszcze przed wojną przez naukowców z Warszawy i Krakowa były prowadzone jakieś ważne wykopaliska i badania archeologiczne, bo kiedyś w starym korycie Zbruczy przypadkowo został odkryty posąg Światowida[1]. Pisali o prowadzonych tam badaniach we wszystkich gazetach i o tym, że wcześniej prawdopodobnie ten posąg stał na Bohodi[2]. Może pamiętacie? Ale Oryszkowce to już dla mnie zupełna mogiła. Jak będę mówił, skąd jadę, każdy wykapuje, że kłamię.

          – Spokojnie Andrzejku. Legenda jest następująca: w Tarnopolu chodziliście do szkoły i tam zastała was wojna. Jak Sowieci zajęli miasto, wróciliście w rodzinne strony, właśnie do Oryszkowiec. A kiedy banda rezunów napadła na waszą wioskę i wymordowali część mieszkańców, w tym waszych rodziców, wam udało się uciec i schronić w Husiatynie. Tam doczekaliście wyzwolenia. Później, w następstwie wysiedleń, zmuszeni do wyjazdu, otrzymaliście Kartę ewakuacyjną, wedle której docelowym miejscem osiedlenia stały się dla was Ziemie Odzyskane, konkretnie Sulików koło Lubania. W razie czego stamtąd już niedaleko będziecie mieli do granicy. I wszystko. No, prawie wszystko – poprawił się. – Teraz chyba już bez przeszkód moglibyśmy Janeczko wypić, bo od tego gadania na nowo zaschło mi w gardle.

          – Dobrze, ale ja naleję – to mówiąc, wlała im po pół kieliszka. Widząc jak „Majorowi” wydłuża się mina, dodała – przecież jeszcze nie skończyłeś.

„Major” zdając sobie sprawę, że nic nie wskóra jedynie westchnął, wziął do ręki kieliszek i wypili z Andrzejem jednym haustem, po czym zagryzł kawałkiem kiełbasy i zaczął mówił dalej;

          – Aby omówić resztę spraw, spotkaliśmy się jeszcze po południu i to był powód, że tak długo czekaliście. Muszę przy tym dodać, że „Sum” mi zaimponował. Ma taki łeb, że mógłby w nim zmieścić wszystkie problemy świata i skutecznie rozwiązywać je po kolei, dając na każdy osobną receptę. No, ale do rzeczy, bo repatrianci z Husiatyna są już w drodze.

          – Bez nas? – ironicznie zapytała Janka.

          – Patrzcie, patrzcie, jaka ona błyskotliwa i w dodatku mądrą udaje. Tak, jadą bez was. Jeżeli akceptujecie plan, jutro rano musicie być we Lwowie. W biurze repatriacyjnym będą czekały na was potrzebne dokumenty i autentyczne Karty ewakuacyjne. Później macie zameldować się u zawiadowcy stacji. On zaprowadzi was na bocznicę, pokaże lorę, którą będziecie jechać i da wam list referencyjny. Właśnie to dopinaliśmy na popołudniowym spotkaniu, dlatego się spóźniłem. Macie jakieś pytania?

          – Dasz nam pieniądze na drogę? – zapytał Andrzej.

          – Pieniądze?! Niby skąd mam je wziąć. Chyba, że chcesz angielskie młynarki[3] to i owszem, jak wiem zostało nam tego ponad sto tysięcy – zaśmiał się – Ale już poważnie. Nie dotarło do ciebie co na ten temat powiedziałem? Wałówę owszem, możesz dostać. Leży przed tobą – wskazał oczami – i na więcej nie masz co liczyć – po czym wyciągnął kartkę z kieszeni ze spisem kosztowności, który Janka zrobiła jeszcze w Tarnopolu. Wziął do ręki ołówek, skreślił pozycję: „dwie złote monety o nominale dwudziestu pięciu rubli”. Następnie kartkę złożył, schował do kieszeni i dokończył – …te dwie dwudziestki piątki biorę na pamiątkę. Całą resztę macie do swojej dyspozycji. Czy jeszcze coś?

Nic na to nie odpowiedzieli, lecz w grobowej ciszy jaka nastąpiła, do ich świadomości powoli zaczynało docierać, że rzucony pod wpływem impulsu pomysł wyjazdu, będący niczym innym niż ucieczką przed grożącym im niebezpieczeństwem, może być nie mniej ryzykowny niż pozostanie na miejscu. Ale też zdawał się kończyć etap ich życia nierozerwalnie związany z wojną, walką z UPA i realną groźbą złapania przez NKWD lub UB, co na jedno wychodziło.

Andrzejowi wcześniej do głowy nie przyszło, że sprawa wyjazdu może nabrać takiego rozmachu i zawrotnego tempa. Teraz, zastanawiając się nad wszystkim nie był już taki pewny, czy z plecakiem, mając u boku za towarzysza kochaną kobietę, aby dotrzeć do celu, uda mu się bezpiecznie pokonać półtora tysiąca kilometrów. Próbował odpędzić od siebie chmarami nachodzące go natrętne myśli na temat różnych mrożących krew w żyłach sytuacjach o których nasłuchał się na cotygodniowych odprawach. Szczególnie opowieści sprawozdawców o bestialskim zachowaniu sowietów względem kobiet jeżyły włos na głowie, bowiem przy każdej nadarzającej się okazji, gwałcili matki nie krępując się obecnością ich dzieci i mężów, a córki na oczach matek i ojców nie przepuszczając nawet sześćdziesięcioletnim kobietom. Ten obraz zachowań sowietów opisywał realną i jakże prawdziwą rzeczywistość jaka w drodze mgła się im przydarzyć. Wyobrażając sobie, że to mogłoby spotkać Jankę, aż się wzdrygnął. A, że zna niemiecki, nie stanowiło mocnego argumentu, bo cóż za znaczenie może mieć znajomość niemieckiego w sytuacji, kiedy ruscy będą stanowili dla nich największe zagrożenie. Jedyne co rzeczywiście mogło być pomocne, to Karta ewakuacyjna. Dzięki niej legalnie mogli się wtopić w tłum uchodźców i dojechać w pobliże niemieckiej granicy, a to już była jedna trzecia drogi. –„taak, pomysł kierownictwa z Kartą oraz bratem i siostrą jest naprawdę świetny” – w duchu przyznawał im racje zastanawiając się jak przejdzie w Niemczech ruską strefę okupacyjną.

          – Wypijemy strzemiennego? – ciszę przerwał „Major” wyczuwając, że myślami są gdzieś daleko – Nie popędzam was, ale na pewno macie jeszcze dużo przygotowań przed sobą, a czasu zostało mało.

          – Tak, tak masz rację. Skoro wszystko ustalone i mamy jechać, najwyższy czas aby się pożegnać – Janka ocknęła się i już bez obiekcji sama rozlała bimber do kieliszków. Tym razem nalała do pełna.

          – No to cyk.., za powodzenie przedsięwzięcia – „Major” wzniósł toast i zgodnie trącili się kieliszkami.

          – Zbyniu! – Andrzej podniósł się z krzesła, objął „Majora” i z całych sił uścisnął – pozostaniesz w naszej pamięci niczym ojciec i brat w jednej osobie. Prawda Janeczko? – Janka z przejęcia ledwo była w stanie pokiwać głową, a gdy Andrzej żartobliwie dodał; – Czekamy na ciebie w Moulin Rouge![4] – ze łzami w oczach podeszła do „Majora”.

          – Ja też Zbyszku dziękuję ci za wszystko i cieszę się, że z twojej woli będąc łączniczką, poznałam tylu odważnych i ciekawych ludzi – wykrztusiła czując, że za chwilę się rozryczy – Naprawdę byłeś wspaniałym człowiekiem, a dla wielu z nas wzorem do naśladowania. Nie zapomnę cię do końca życia. Przyjeżdżaj do nas jak najszybciej – i nie zwracając uwagi na płynące łzy serdecznie „Majora” ucałowała w oba policzki.

          – Cholera, przez te wasze ceregiele chyba też się rozpłaczę – odezwał się łamiącym głosem po czym, aby nie okazać nadmiernego wzruszenia, ukradkiem obtarł łzę, następnie wyciągnął chustkę żeby wydmuchać nos. Gdy skończył chustkę na powrót schował do kieszeni, chrząknął i nieswoim głosem powiedział; – Byliście dla mnie jak najbliższa rodzina i takich was zapamiętam – następnie już opanowany, mówił dalej; – Jeżeli w czasie podróży stało by się coś nadzwyczajnego, odszukajcie we Wrocławiu ulicę Tauentzienstrasse. Podobnież jest gdzieś w centrum miasta. Jest tam sklep spożywczy. To nasz punkt kontaktowy. Zapytacie się, czy ten z którym będziecie rozmawiać był w Lesie Krzywczyckim[5], jeżeli otrzymacie odpowiedź; „w tym lesie hitlerowcy spalili zwłoki mojego ojca” znaczy, że to nasz człowiek i ma on obowiązek udzielić wam wszelkiej pomocy. A teraz już idźcie, bo to jest już naprawdę wszystko, co miałem wam do przekazania – wzruszony lekko wypchnął ich za próg – Jeszcze jedno, kiedy dotrzecie na miejsce, jak najszybciej skontaktujcie się z Polską Misją Katolicką i pokażcie im list referencyjny, a wtedy oni powiadomią nas radiem żeście przyjechali. Uważajcie na siebie! Do zobaczenia w Paryżu i niech żyje wolna Polska! – pożegnał się stojąc w progu mieszkania. – Aha, jeszcze jedno – zdziwieni obrócili się, wtedy „Major” kiwnął dłonią na Andrzeja – Nie gniewaj się Janeczko, ale mam mu na osobności jeszcze coś do powiedzenia. – No chodź – przywołał go gestem dłoni – a ty bądź uprzejma i zaczekaj na niego na dole. Za pięć minut ci go oddam – dodał unikając jej wzroku.

          – Coś się stało?

          – Inaczej bym cię nie wołał – odpowiedział „Major” gdy zamknął drzwi i zostali sami – no co tak stoisz? Chodź i siadaj – wskazał na krzesło i rozlał bimber do kieliszków.

          – Dziękuję. Ja już pasuję. Mów o co chodzi – zaciekawiony, pytającym wzrokiem spojrzał na „Majora”

          – Nie chciałem wcześniej mówić, ale mam złą wiadomość – no, siadaj do cholery.

          – Złą wiadomość?! – Andrzej powtórzył i machinalnie usiadł.

          – Cztery dni temu sowieci wywieźli Janki matkę i ciotkę.

          – Wywieźli?! Jak to wywieźli? Nie rozumiem. Gdzie wywieźli i dlaczego?

          – Pytasz jakbyś dopiero się narodził. Nie wiem gdzie wywieźli, może do Kazachstanu albo na Syberię, bo gdzie indziej.

          – Dopiero teraz o tym mówisz?! Dlaczego Jance nie powiedziałeś?

          – Uważam, że dla takiej wiadomości większe znaczenie ma odpowiednia chwila i forma, a nie czas, tym bardziej, że jest już po fakcie. Nie sądzisz?

          – Jasna cholera! – Andrzej odruchowo sięgnął po kieliszek i jednym haustem wypił – Ale jak do tego doszło!? Wiesz? Czy żeby powiedzieć masz zamiar czekać na odpowiednią chwilę? – dodał sarkastycznym tonem.

          – Nie masz co się pieklić. Chciałem najpierw sprawdzić. Rozpytywałem tu i tam, więc trochę zeszło. Podobnież spodziewały się tego, ponieważ dzień wcześniej NKWD wyrzuciło z mieszkań ludzi z sąsiedniej kamienicy. A jak do tego doszło, pytasz. Standard bracie. W nocy podjechali ciężarowym samochodem, następnie kazali wszystkim się wynosić, dając pół godziny na opuszczenie mieszkań, i tyle – wzruszył ramionami.

          – No tak, zapewne nie inaczej – Andrzej kiwał głową i patrzył przed siebie zastanawiając się nad sytuacją – ale co ja, twoim zdaniem, teraz mam zrobić? Wracać do Tarnopola? I co mam jej powiedzieć? Że z obiecanek ochrony naszych bliskich gówno wyszło? Jesteśmy jedną wielką rodziną, nieprawdaż? Godzinę temu tak mówiłeś. Przypominasz sobie? No powiedz coś. Wytłumacz się.

          – Też jestem niepocieszony, lecz są sprawy i zdarzenia na które nie ma się wpływu. Myślę, że kiedy ochłoniesz wtedy rozumiesz. Gdybyście nie wyjeżdżali sam bym jej powiedział – westchnął – ale to jeszcze nie wszystko.. . – zawiesił na moment głos – widząc co się święci i nie czekając na swoją kolej Twoi spakowali się, zamknęli mieszkanie i gdzieś wyjechali. Wiem o tym z pierwszej ręki. Wiedziałeś że wyjechali?

          – A niby skąd! Jasna cholera, ty masz same hiobowe wieści!

          – Nie moja wina. Wierz mi, że staramy się zabezpieczać rodziny takich jak ty, jak Janka i innych którzy na to zasługują. Bywa, że czasami uda się nam pomóc, a czasami nie. Co zaś do twoich przypuszczam, że wyjechali do Centrali na lewych papierach. Przyszło mi to do głowy gdy przypomniałem sobie, jak swego czasu prosiłeś żeby im je wyrobić. Będę szukał jeszcze osób którym wiadomość dla ciebie mogli zostawić. To tyle miałem ci do powiedzenia – marszcząc czoło podrapał się za uchem i spojrzał na niego z nadzieją, że da sobie z tym radę – Chodź, odprowadzę cię do Janki.

          – Sam pójdę. – gdy Andrzej otworzył drzwi „Major” jeszcze dodał; – jak już dotrzecie na miejsce i dacie nam o tym znać, prześlę przez radio wiadomość co się stało z rodzicami Janki i twoimi. Być może będę wiedział coś więcej. Jeżeli to akceptujesz, nie musisz teraz jej nic mówić. Jedynie przypilnuj żeby nie wysłała wiadomości o sobie na domowy adres, bo mieszkanie jest już zasiedlone przez sowietów.

          – Zrób jak uważasz. No to serwus i niech cię cholera…! – nie dokończył, widząc jego smutną minę, żal mu się go zrobiło. Na półpiętrze usiadł na schodach. Potrzebował chwili żeby ochłonąć, ponieważ czego jak czego, ale tego się nie spodziewał. – jasny piorun, wygląda na to, że ratuję własną skórę a ich zostawiam własnemu losowi – zamyślony siedział na stopniu podpierając brodę dłoniami i zaczęły dręczyć go wyrzuty sumienia, a dziesiątki myśli i przypuszczeń o tym gdzie są i co może się z nimi dziać przelatywało mu przez głowę, lecz żadna nie podpowiadała jak mógłby im teraz pomóc. Powoli zaczynało do niego dochodzić, że niespodziewany ich wyjazd nie niekoniecznie był czymś bardziej niebezpiecznym niż to, co spotkało matkę Janki i jej ciotkę, więc gdy jako tako doszedł do siebie wolno się podniósł i zszedł na dół.

          – Długo cię nie było – Janka zaciekawiona patrzyła na niego badawczym wzrokiem – Co to za ważna sprawa? – zapytała widząc jego poważną twarz nie skorą do rozmowy.

          – „Major” zdecydował, żeby powiedzieć ci dopiero kiedy dotrzemy na miejsce, a przez ten czas chce jeszcze to i owo sprawdzić.

          – Nie powiesz?

          – Nie powiem – żeby nie miała wątpliwości pokręcił głową. Przyzwyczajona do trzymania tajemnicy więcej nie wypytując, wzięła go pod rękę i pospiesznie poszli na kwaterę przygotować się do podróży.

***

Na drugi dzień kiedy dojechali do Lwowa, była już godzina dziewiąta. Więc, ani chwili nie zwlekając prosto z dworca pospiesznie poszli do punktu repatriacyjnego.

          – Co tak późno? Mieliście być o ósmej – zwrócił się do nich wysoki i chudy facet ubrany w ruski uniform. – Tu są wasze dokumenty i Karty ewakuacyjne. Przeczytajcie uważnie, żeby wszystko było jasne. – gdy pochylili się nad papierami, dodał: – nie wyglądacie mi na chłopów. Nawet z tym furmańskim kożuchem – wskazał oczami na trzymany przez Andrzeja kożuch. – Po co ci kożuch w lecie? A może jesteś trochę chory? – mówiąc to, dwuznacznie pukał się palcem na czoło. – Ee…e, słyszysz? Przecież mówię do ciebie. Nic nie odpowiesz? – podniósł głos – nie wyglądacie na chłopów ani na rodzeństwo – dalej natarczywie domagał się odpowiedzi.

          – Przykro nam, ale w czym masz chłopie problem? – Andrzej dla świetego spokoju odezwał się unosząc głowę z nad papierów.

          – Jak tak na was patrzę – taksował ich wzrokiem – myślę sobie, że Sulików nie jest celem waszej podróży. Możecie powiedzieć, dokąd naprawdę jedziecie? – nie ustępował.

          – Noo, wie pan… – poirytowany jego zachowaniem, szukając w myśli stosownych słów w sam raz dla takiego typa, Andrzej zaczął mówić; – Rodzice zginęli, więc chcemy z siostrą zacząć życie od nowa. Natura, przyroda, bociany na łące, to nas pociąga. Więc wydaje się nam, że Sulików będzie dla nas dobrym miejscem do życia. Zresztą, czy pan komendant sądzi, że mamy jakiś wybór? Taka zapadła decyzja, więc co my możemy na to poradzić?

          – Taak, pewnie że nic nie możecie poradzić – powątpiewająco patrzył na Andrzeja – jesteś pewny, że tam są bociany? A do mnie pański chłopie mów „obywatelu”, bo teraz tak się zwraca do porządnych ludzi. Byliście w AK? – nieoczekiwanie zapytał.

          – My w AK? – Andrzej udał zdziwienie – ależ skądże. Zapewne obywatel wyczytał z papierów, że banderowcy wymordowali nam rodziców, więc jesteśmy sierotami, a nie partyzantami.

          – No.., niby tak – a pod nosem z ledwo ukrywaną irytacją dodał; – I tak was złapią – Weźcie, obywatelu sierżancie naszych pańskich chłopów i zaprowadźcie do zawiadowcy – zwrócił się do stojącego z boku milczącego mężczyzny ubranego w podobny uniform z dystynkcjami sierżanta. Chcąc na koniec zrobić dobre wrażenie, dodał; – Musicie się pośpieszyć, bo już jesteście spóźnieni, a przed wami jeszcze spory kawał drogi.

          – Bardzo obywatelowi dziękujemy – Andrzej zrobił obłudną minę, po czym wytarł dłonią spocone czoło i wyszedł razem z Janką, marząc w duchu, aby tego zasranego obywatela szlag trafił.

          – O co mu chodziło z „pańskimi chłopami”? – szeptem zapytała Janka.

          – Trochę naigrywał się z nas i tyle. A zresztą, nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Nie uważasz, że wyglądał i zachowywał się jak chatrak[6] ?

          – To co, panie kolego idziemy? – już głośno zwrócił się do sierżanta.

          – Tak, tak, czas najwyższy, bo stąd do Kleparowa jest kawałek drogi – sierżant westchnął i nie wiadomo dlaczego smutnie pokiwał głową jakby czuł się czemuś winny.

Przez jakiś czas szli w milczeniu. Chcąc być grzecznym Andrzej raz i drugi próbował nawiązać rozmowę, a że sierżant jej nie podejmował dał sobie spokój. Kiedy po godzinie marszu wreszcie doszli na miejsce z ulgą usiedli zmęczeni na ławce stojącej przed parterowym budynkiem stacji, a sierżant poszedł do biura zawiadowcy. Akurat trafił na moment kiedy zawiadowca wypełniał jakieś papiery.

          – Dzień dobry panu, przyszedłem z umówioną przesyłką…

          – Z jaką przesyłką? – zawiadowca, uniósł głowę znad papierów. – Aa.., racja, tak, tak, mówisz; przesyłka. Rozumiem, że przyprowadziłeś tych dwoje, którzy tutaj mieli być rano. Więc chodźmy do nich, bo mało czasu zostało – w pospiechu pozamykał leżące na stole otwarte grube zeszyty. Przekręcił klucz w zamku, aby nie wszedł ktoś niepowołany, po czym razem z sierżantem wyszedł na zewnątrz i energicznie podszedł do siedzących na ławce – Rozumiem, że to wy – wyciągnął rękę żeby się przywitać. Mieliście być rano, a już jedenasta dochodzi.

          – Spóźniliśmy się nie z naszej winy – od razu zastrzegł się Andrzej.

          – To ja już może pójdę – do rozmowy wtrącił się sierżant.

          – Tak, tak, idź z Bogiem – odpowiedział zawiadowca. – I pozdrów komendanta – dodał od niechcenia.

Przed odejściem sierżant spojrzał pytającym wzrokiem na zawiadowcę, a że on skinął głową więc wyjął zza pazuchy kopertę i podał Andrzejowi ze słowami; – to jest list dla pana. Proszono żebym osobiście oddał. Proszę bardzo, niech pan weźmie.

          – Bardzo dziękuję.

          – W takim razie jeszcze raz do widzenia i życzę państwu szczęśliwej podróży.

          – Trochę z niego dziwny człowiek i jakiś taki małomówny. Nieprawdaż?

          – Był inny. Lecz po tym co przeszedł zrobił się skryty. Tak to panie z ludźmi bywa. W nieszczęściu nigdy nie wiadomo jak się kto zachowa. A on – wskazał głową za odchodzącym sierżantem – jak to się mówi, spod sznura uciekł – Żyd, może i jedyny który to piekło przeżył – kolejarz wskazał palcem na widoczne po drugiej stronie stacji osmolone ogniem ruiny zabudowań – więc nie ma co mu się dziwić. – Wy nie jesteście ze Lwowa?

          – Nie – szybko Andrzej odpowiedział wymownie patrząc na Jankę, aby przypadkiem się nie zdradziła.

          – Więc nie wiecie. Po drodze wam powiem. Te zgliszcza są pozostałością po żydowskim getcie[7]. Zwozili ich tutaj z całej okolicy. Cóż jeszcze można powiedzieć – głęboko westchnął – Każdy człowiek który tędy idzie, powinien przeżegnać się i odmówić zdrowaśkę za wszystkich którzy tam byli – kiwał smutnie głową – Jak pan ludzi posłuchasz, to włos na głowie dęba staje, co tam Szwaby i Ukraińcy na szwabskiej służbie z Żydami wyrabiali jeszcze półtora roku temu. Nie było sposobu żeby temu zapobiec, a na koniec doszło do powstania, lecz wynik, jak pan się domyślasz, był do przewidzenia. Tych co brali w nim udział hitlerowcy wymordowali, resztę wywieźli do innego obozu, a ten zlikwidowali. Mnie wtedy we Lwowie jeszcze nie było – dodał jakby na usprawiedliwienie – Wierzyć się nie chce panie kochany, że można być takim podłym i wyzutym z człowieczeństwa. Już nawet nie chodzi o samą śmierć, lecz o to jak oni umierali, panie kochany – To przechodzi ludzkie pojęcie i wyobrażenie – przez chwilę kręcił głową nie mogąc się uspokoić. A sierżant był członkiem tak zwanej Brygady Śmierci w obozie Janowskim. Mieścił się przy ulicy Janowskiej, dlatego tak go nazwali.

          – Na Janowskiej? – z niedowierzaniem wtrąciła Janka

          – Słyszała pani o tym?

          – Nie, nie skądże znowu. – energicznie zaprzeczyła

          – Może i dobrze. Ich zajęciem było palenie i mielenie kości pomordowanych więźniów. Naziści w ten sposób chcieli zatrzeć ślady swoich zbrodni. Nieszczęśnicy z tej Brygady też się zbuntowali. Zginęli prawie wszyscy, a ten mruk który was do mnie przyprowadził, znaczy sierżant, jako jeden z niewielu zdołał się uratować – Ale co ja wam teraz będę o takich rzeczach mówił, jak macie przecież swoje problemy – machnął ręką.

          – Rzeczywiście straszne jest co pan mówi, a nawet więcej niż straszne. Prawda Janeczko? – Janka poruszona ze smutkiem przytaknęła głową – Ciekawi mnie, czy ci co do tego się dopuścili poniosą adekwatną karę.

          – Pożyjemy wtedy zobaczymy, panie kochany. No, ale jesteśmy na miejscu – nie chcąc dalej ciągnąć przykrego tematu, kolejarz wskazał dłonią na odkryty wagon – To wasze mieszkanie. A to wasi towarzysze podróży. Poznajcie się.

Andrzej z Janką nie ukrywając zdziwienia, zaskoczeni patrzyli na grupę trzech kobiet, w tym jedną starszą, oraz mężczyznę i stojący obok wóz bez konia zapakowany domowymi rupieciami, do którego była przywiązana krowa. Całości obrazu dopełniał nieufnie przypatrujący się im kundel siedzący przy wozie z przekrzywioną głową. Odnosiło się wrażenie, że i on, nie mniej niż oni, był zaskoczony ich widokiem.

          – Jak to, tyle set kilometrów mamy jechać na czymś takim, razem z bydłem? – zapytała Janka załamanym głosem. – A jak będzie padał deszcz? A jak będziemy musieli iść za potrzebą? Co wtedy zrobimy? – Kolejarz wzruszył ramionami;

          – Dziękujcie Panu Bogu, że jest lato, bo co innego mogę pani odpowiedzieć. Gdy na was patrzę mam nieodparte wrażenie, że nastawiliście się na podróż pierwszą klasą, a nie składem towarowym – spojrzał na nich powściągliwie i pokręcił głową – Bierzcie przykład z tych ludzi i przygotujcie sobie chociaż jakieś zadaszenie. Tam leżą deski, a tutaj są gwoździe i piła. Na pewno jakoś dacie sobie radę i pośpieszcie się, bo w każdej chwili może przyjechać transport z Husiatyna. Jeszcze do was przyjdę – dodał na pocieszenie i odszedł.

Nie spodziewając się takiego obrotu sprawy, skonsternowani przedstawili się przyszłym towarzyszom podróży i nie pozostało im nic innego, jak razem z nimi żwawo zabrać się do pracy. Na jednym końcu platformy w pośpiechu zbili z desek pomieszczenie do spania, dzieląc je deskami na dwie części. Stanowiło jednocześnie ochronę przed deszczem. A na drugim końcu, gdzie miała stać krowa, w rogu podłogi wyrąbali niezbyt dużą dziurę i obudowali ją deskami, stwarzając w ten sposób namiastkę ubikacji. Zajęci pracą nawet nie zauważyli, kiedy po jakimś czasie podszedł do nich zawiadowca z kołdrą pod pachą. Spojrzał krytycznie na efekt ich pracy, z aprobatą pokiwał głową i zwrócił się do Andrzeja;

          – To dla was, żebyście mieli chociaż czym się przykryć, albo podłożyć pod plecy – powiedział podając mu kołdrę – Chciałem też poinformować, że wasz pociąg minął już Dawidów i za niewiele więcej jak godzinę można spodziewać się go na Kleparowie.

Po godzinie rzeczywiście na bocznicę z trudem wtoczyła się lokomotywa, ciągnąc za sobą długi skład wagonów towarowych pełnych ludzi, zwierząt i różnego rodzaju dobytku. Kiedy pociąg stanął, służba manewrowa sprawnie odczepiła lokomotywę wraz z tendrem żeby dosypać węgla i dolać wody. Kiedy to się działo ludzie z zaciekawieniem obserwowali podczepianie do składu ich platformy. Gdy wszystko było już gotowe zawiadowca dał sygnał do odjazdu…..cdn

 


[1] Kamienny posąg Boga Światowida (inaczej: „patrzący w cztery strony świata”) mający 2,5 metra wysokości w 1848 roku został przypadkowo znaleziony na dnie rzeki Zbrucz w okolicach Liczkowic. Obecnie posąg znajduje się w krakowskim Muzeum Archeologii

[2] Góra niedaleko Zbrucza gdzie odkryto kamienny krąg z ośmioma ogniskami i miejscem na czworokątny posąg z domniemaniem, że to miejsce ofiarne w którym stał kiedyś Światowid (pl.wikipedia.org/wiki/Światowid_ ze_ Zbrucza. oraz suplement do „Materiałów i Sprawozdań Rzeszowskiego Ośrodka Archeologicznego tom XXXIV)

[3] polskie banknoty od kwietnia 1940 roku wprowadzone do obiegu przez Niemców na terenie Generalnej Guberni. Po pewnym czasie były fałszowane w Anglii i sprowadzane do Polski na użytek i potrzeby ZWZ, później w AK nazwano je „młynarkami” od nazwiska prezesa Banku – Feliksa Młynarskiego

[4] Po polsku: Czerwony Młyn. Słynny na cały świat kabaret położony w dzielnicy „czerwonych latarni” niedaleko Montmartre w Paryżu.

[5] dla zatarcia własnych zbrodni hitlerowcy, nauczeni na przykładzie Katynia, ekshumowali ofiary, paląc ich szczątki w Lesie Krzywczyckim, chcąc w ten sposób ukryć prawdę o dokonanych we Lwowie i w okolicy licznych zbrodniach na Żydach i Polakach.

 

[6] w lwowskiej gwarze tak był nazywany konfident

[7] Getto we Lwowie należało do największych. Szacuje się, że na jego terenie, razem z obozem Janowskim, życie straciło ponad 120 tysięcy ludzi

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>