Niepublikowana powieść w odcinkach…

Powieść

Rozdział I – ONA – cd. odcinek 3

 

Po napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, kiedy jeszcze broniła się Warszawa i twierdza w Modlinie, kiedy bronił się Lwów i trwała bitwa nad Bzurą, o świcie 17 września 1939 r. Polska nieoczekiwanie została zaatakowana przez Sowietów. Jak się później okazało, związanych z hitlerowcami paktem Ribbentrop-Mołotow. Jeszcze przed zakończeniem walk okupanci podzielili między siebie strefy wpływu na linii Narwi, Bugu i Sanu, podpisując 28 września 1939 r. stosowny traktat o granicach i przyjaźni. W tej sytuacji klęska wojsk polskich była już tylko kwestią czasu.

I tak, pod okupacją sowiecką nieoczekiwanie znalazło się ponad pięć milionów Polaków. Jakby tego było mało, sześć miesięcy później najwyższe władze państwa sowieckiego, w osobach: Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa oraz Mikojana, zatwierdziły własnymi podpisami notatkę Ł. Berii z 5 marca 1940 r., akceptując w ten sposób propozycję dokonania zbrodni ludobójstwa na dziesiątkach tysięcy Polaków. Ofiarami stały się liczne grupy społeczne stanowiące o kulturze i wartości naszego narodu. Czekało na nie kilkadziesiąt obozów NKWD założonych jeszcze w latach 1933–1938, w czasie tak zwanej „operacji polskiej”, gdzie zamordowano wówczas ponad siedemdziesiąt tysięcy Polaków. W 1940 r. historia miała się powtórzyć.

 

 

*

….Parowóz wydał przeciągły gwizd, po czym nastąpiło lekkie szarpnięcie i pociąg, na znak dany przez zawiadowcę w chmurze buchającej pary powoli ruszył, zabierając na „Ziemie Odzyskane” kolejne dziesiątki rodzin wypędzonych z ojcowizny. Janka w milczeniu patrzyła przed siebie ogarniając tęsknym wzrokiem oddalające się zabudowania miasta i nagle uzmysłowiła sobie, że przecież była raz w  Kleparowie dorożką z matką i panią Kazią[1]. Miała wówczas sześć albo siedem lat. Zawiozły tam prezenty na Mikołaja dla dzieci z biednych rodzin. Jak mówiła matka, ich gest dla mieszkańców tej niebogatej dzielnicy miał być wyrazem szacunku i pamięci za rok 1918[2]. Na wspomnienie dzieciństwa nieoczekiwanie silny skurcz chwycił ją za serce, a słone łzy żalu niepohamowanie zaczęły płynąć po policzkach. Szukając wsparcia przytuliła się do ramienia Andrzeja i patrzyła na oddalającą się panoramę rodzinnego miasta zdominowaną przez ruiny Kleparowa będącego teraz wymarłym pogorzeliskiem z gdzie nie gdzie sterczącymi kikutami nadpalonych ścian. Chciała jeszcze powiedzieć jak silne tkwią w niej wspomnienia lecz w obawie, że do reszty się rozklei zrezygnowała i wzdychając otarła z łez policzki.

Pierwsze sto kilometrów przejechali bez postojów. Zajęci swoimi myślami bez zbytniego zainteresowania patrzyli na zmieniający się krajobraz. W wielu miejscach robił przygnębiające wrażenie z powodu ponurego widoku spalonych wiosek i ludzi grzebiących w zgliszczach.

            – Chyba front tędy przechodził, jak Janeczko myślisz?

            – Na to wygląda. Powiedz, kiedy twoim zdaniem możemy dojechać na miejsce? – Andrzej wzruszył ramionami – w takim razie powiedz o czym myślisz?

            – O nas, kochana. Chyba będzie postój, bo wyraźnie zwolniliśmy.

Rzeczywiście po chwili się zatrzymali, a kolejarz pełniący funkcję kierownika transportu obchodząc wagony oznajmiał, że dalej nie ruszą wcześniej niż następnego dnia. Zatem nie pozostało im nic innego, jak nazbierać chrustu i rozpalić ogień żeby przyrządzić sobie coś do zjedzenia. Do swojego ogniska Andrzeja i Jankę zaprosiła rodzina z którą dzielili platformę. Kiedy zjedli, w ciszy jaka zapadła, słychać jedynie było trzask palącego się chrustu i perkotanie resztek kaszy w garze stojącym na żarze.

            ˗ Dobrowolnie wyjeżdżacie? – nieoczekiwanie zapytał Andrzeja starszy od niego na oko o dobrych kilkanaście lat współtowarzysz podróży z niegolonym od kilku dni zarostem,

            – Dobrowolnie…? – Andrzej zdziwiony odpowiedział oczekując, że dopowie o co mu chodzi.

             – E..e, tak tylko pytam – wycofał się tamten, a po chwili jakby z bojaźni i na usprawiedliwienie patrząc podejrzliwym wzrokiem na Andrzeja dodał; – Jak kazali jechać, to trzeba jechać. 

            – Niedobrowolnie – Andrzej zdecydował się podtrzymać temat – Z siostrą uważamy się za przesiedleńców, których sowieci wyrzucili z ojcowizny tak jak was – wskazał wymownie oczami na kobiety siedzące naprzeciw i wóz pełen maneli.

            – Co by o tym nie myśleć, lepiej słyszy się repatriant, bo to jakoś tak dostojniej. W papierach też napisali, żem repatriant.

            – Na papierze można pisać, co się chce, a prawda jest taka, jak mówię. O tym kto przeprowadza się dobrowolnie można powiedzieć, że jest repatriantem. Znaczy, że jest osobą wracającą do kraju, a o nas nie. I taka to różnica miedzy przesiedleńcami a repatriantami.

            – E… może i tak jest jak pan mówisz. Ja się na polityce nie rozumie. Trzeba jechać, to jadę, jak każą wracać, to wrócę.  Bo co ja mogę zrobić innego? Życie, pane, ma sie jedno, więc go szkoda oddać za byle co.

            – Te dwie sosenki są waszymi córkami? – dając spokój z rozmową o polityce, Andrzej zapytał zaciekawiony.

            – Moje, miałem też syna, ale tylko one mi zostały. Jak rizuny[3] do nas wpadli, zdążyłem z dziewuchami się ukryć, a mój syn Antoś im uciekł. Nawet nie wiem, co się teraz z nim dzieje. Przepadł biedaczysko na zawsze. Tamci pane wszystko zabrali, a czego nie mogli, dokumentnie poniszczyli. I to, że mogę teraz z wami gadać babie zawdzięczam. Gdyby nie ona bym wisiał, a chałupę z dymem by puścili. – smętnie kiwał głową – I powiedz pan, za co? Żem Polak? Przecie nic nie byłem im winien. A babę stłukli mi do kości, że aż strach patrzeć na jej ciało. No i jeszcze te inne rzeczy też jej robili, i to hurmem[4] – przerwał na chwilę i schylony grzebał patykiem w dogasającym ognisku. Kiedy ogień łakomie liznął patyk wypuścił go z dłoni wielkiej jak bochen chleba, po czym głęboko westchnął i przytłumionym, wściekłym głosem dodał; – powiedzieli, że jak znowu przyjdą i babe zastaną łeb siekierą jej utną. – A job twoju mat! – splunął przed siebie – Na dowód, że było tak jak mówię, pokażi matka zad[5] i spinu[6]. Niech państwo zobaczą, czy kłamię.

            – Coś ty ojciec, bez majtek jestem.

            – A czego tu się wstydzić. Przecie to takie same ludzie jak my – prychnął. Gdy na jego polecenie niechętnie się podniosła kazał jej odwrócić się i zadarł spódnicę.

            – Jezus Maria! O mój Boże! No wie pan! Jak tak można! – krzyknęła Janka zatrwożona okropnym widokiem gołego ciała tej kobiety. W niektórych miejscach jej skóra przypominała kolorami tęczę, a na pośladkach i nogach była w kilku miejscach ziemisto szara, kolorem podobna do ołowiu. Andrzej, nie mniej przerażony patrzył jak zahipnotyzowany, nie mogąc wymówić słowa.

            – I co, kłamałem? – zapytał tamten niemal z triumfem – to dzielna kobita. Ja bym chyba nie wytrzymał tego wszystkiego co ona przeszła – podkreślił z dumą – Moja ty biednieńka, oj biednieńka – dodał smutnym, ubolewającym głosem drugą ręką ostrożnie gładząc żonę po pośladkach, po czym opuścił jej spódnicę i w zakamarkach serdaka zaczął szukać papieru. Gdy znalazł w absolutnej ciszy delikatnie oderwał stosowny kawałek, a resztę zapobiegliwie schował i zastanawiał się gdzie wsadził drewniane puzderko z tytoniem. – Jest – sapnął z ulgą. Na szary, pakowy papier ostrożnie nasypał drobniutko pokrojony tytoń i skręcił końcówkę. Tak zrobionego skręta zapalił od tlącego się patyka wyjętego z przygasającego żaru i z lubością głęboko się zaciągnął. Przez dłuższą chwilę dym trzymał w płucach, a kiedy wydmuchał zapytał Andrzeja, czy też chce trochę karaszki[7], żeby zrobić sobie skręta.

            – Po tym, co zobaczyłem, wolałbym napić się wódki – odpowiedział zaskoczony jego spokojem.

            – Wódki nie mam – chłop ciężko westchnął, jakby z żalem, zaciągnął się skrętem i wolnym ruchem przeczesał palcami zmierzwione włosy. – Wiem kto to zrobił – wypuszczając kłąb śmierdzącego dymu mruknął odwrócony twarzą do przygasającego ogniska.  – Ale co mi to da, że wiem? No, co mi to da?! – z bezsilności podniósł głos – Jeden z nich to był Danyło, nasz kumoter. Tak pane, to on wskazał rizunom naszu hnizdo[8]. Prawdę mówię, matka?  

            – Ja mam dość już na dzisiaj. Idę się położyć – nieoczekiwanie odezwała się Janka. W atmosferze pełnej napięcia i rozgoryczenia głos jej zabrzmiał nienaturalnie rzeczowo. Ale ktoś kto bacznie obserwował jej zachowanie mógł wyczuć, że za złudnym opanowaniem kryła się zgryzota o jurto. Miała już serdecznie dość wszystkiego czego dzisiaj doświadczyła w punkcie repatriacyjnym, na stacji w Kleparowie i teraz za sprawą tego antypatycznego człowieka opowiadającego o drastycznych przeżyciach żony. Była dla niej pełna współczucia, lecz chciała wreszcie zamknąć oczy i przy boku Andrzeja, zdając się na potęgę nieświadomości, pogrążyć się w czeluści głębokiego, uzdrawiającego snu – Przyjdziesz za chwilę? – Andrzej kiwnął głową.

            – W takim razie na nas też już czas. Prawda matka? Jeszcze chwile popalę, zgaszę ognisko i do was przyjdę. Ksenie daj z mojej strony.

            – Ojciec, ja nie chcę!

            – Ja też nie chcę, ale muszę i koniec gadania! Rozumiesz? – zdziwiony jej reakcją, pełny pożądania, podniósł oczy nasycone nikczemną chucią i patrzył na nią tępą, bezrozumną miną. Do tej chwili smutna lecz pogodna twarz Kseni wykrzywiła się, a jej duże, piwne oczy pełne tajemniczego blasku nagle spochmurniały. Wiedziała, że z ojcem nie ma żartów, że zawsze musi tak być jak on chce. Lecz na myśl co ją czeka czuła narastającą niechęć do samej siebie, a usta wypełniły się śliną o nieznośnym smaku goryczy i zebrało ją na mdłości, tak, że musiała się odwrócić żeby wypluć wszystko co nazbierało się w środku. Andrzej zaskoczony chciał jakoś zareagować, zapytać w czym tkwi problem, lecz pomyślał, że w gruncie rzeczy ich sprawy jego nie dotyczą, więc nie ma sensu się wtrącać – Jest zdolny do wszystkiego – pomyślał oceniając ociężałą sylwetkę chłopa, po czym na pożegnanie uśmiechnął się słabo i wstał. Gdy wszedł na platformę chwilę patrzył na rysującą się w poświacie księżyca prowizoryczną budę niewielkich rozmiarów zbitą z desek i podzieloną na dwie nierówne części. Przez najbliższe kilka dni z konieczności musiała być ich sypialnią, a platforma mieszkaniem bez ścian. Gdy podszedł i uchylił koc imitujący drzwi, w rozjaśnionym migotliwym refleksie księżyca przebijającym się przez szpary w suficie zobaczył Jankę. Przykryta furmańskim kożuchem leżała na kołdrze podarowanej przez zawiadowcę. Bez słowa usiadł na jej skraju, zdjął oficerki oraz wierzchnie ubranie i delikatnie wsunął się pod kożuch.

            – Mówili jeszcze coś co godne jest uwagi? – zapytała znużonym głosem nie otwierając oczu.

            – Nie. Przypuszczam, że ta młodsza co ma oczy jak spodki, Ksenia, wiesz którą z nich mam na myśli…?

            – Yhy..

            – Nie bardzo lubi ojca.

            – Dlaczego tak sądzisz?

            – Wynikła miedzy nimi jakaś sprawa do rozstrzygnięcia i ona miała zdecydowanie inne zdanie niż on.

            – To się zdarza we wszystkich rodzinach – przekręciła się na drugi bok, zbliżyła twarz do jego ust i poczuł lekkie zmysłowe podniecenie, w jakie wprawił go pocałunek. Po chwili wyciągnęła spod kożucha rękę i pogładziła go po włosach. – Nie, nie, nie teraz kochanie. Wybacz, że jestem nie do życia, ale za dużo byłoby dla mnie wrażeń na dzisiaj. – Nie grymasząc z wyrozumiałością przytulił ją do siebie i mimowolnie wrócił myślami do sytuacji w jakiej żona chłopa znalazła się za sprawą upowców. Gdy puścił wodze wyobraźni na tyle żeby później nie mieć konfliktu z rzeczywistością i biorąc za przykład podobne wydarzenia w których brał udział w ramach akcji „Burza” dumał jak mógł przebiegać napad na ich dom. Nie bardzo wszystko składało się w logiczną całość. Bo jeżeli syn chłopa zdołał uciec, a on sam zdążył schować się razem z córkami, to dlaczego zostawił żonę na pastwę bojówkarzy? Rozmyślnie? A może zawdzięczają życie obecności wspomnianego kumotra? – Mało prawdopodobne  – dociekał, przywołując w pamięci słowa chłopa – tak się nigdy nie działo, upowcy świadków nie zostawiali, a oni uszli z życiem. Przy tym syn mu się gdzieś zawieruszył? Czyżby zawieruszył?! Nie, to zaczyna być bez sensu. Ale przecież musi być jakiś logiczny powód, że przeżyli. Może i jest, lecz najwyraźniej nie chcą powiedzieć – i wyobraził sobie, jak on by postąpił, gdyby na jego oczach ktoś próbował zgwałcić Jankę. – Zabiłbym skurwysyna – przełknął ślinę – z zimną krwią zabiłbym skurwysyna – bezgłośnie powtórzył – on pada… a ja dobijam go drugim strzałem prosto w jaja. Tak, strzeliłbym mu w jaja! Fuu.., ohyda! Potem zabijam następnego, następnego… – przesunął ręką po czole i poczuł suchość w gardle. – Cholera, po co ja tak się tym podniecam, muszę się opanować, bo nie usnę. – westchnął, wyjął rękę spod szyi Janki i delikatnie, nie chcąc jej zbudzić ułożył się na wznak. Słyszał jak tamci szykują się do snu. Później, po dłuższej chwili ciszy doszły do niego odgłosy stękania, sapania i pojękiwania charakterystyczne dla spółkowania. Był tym tak zaskoczony, że aż go zatkało. – Jak to, kobieta powinna być w szpitalu, a on robi z nią takie rzeczy? A może to nie ona, tylko… Na wsi wszystko jest jeszcze możliwe – w duchu powiedział do siebie, zatkał uszy i zniesmaczony czując ciepło Janki ciała próbował zasnąć.

Andrzej obudził się wraz z przebijającymi się przez szpary w deskach pierwszymi promieniami słońca. Wyrwany z błogostanu snu wsłuchiwał się w dobiegający z zewnątrz podekscytowany gwar głosów. Zaciekawiony usiadł na posłaniu i uchylił koc zasłaniający wejście. U stóp nasypu kolejowego zobaczył grupę przesiedleńców. Stali dziwnie podnieceni i gestykulując niezbornie wymachiwali rękami prawdopodobnie coś pokazując czego nie mógł dostrzec. Już zupełnie rozbudzony wstał, naciągnął spodnie i włożył na nogi oficerki, po czym nie chcąc obudzić Janki ostrożnie wysunął się na zewnątrz.  Nie-mo- żli-we, nieprawdopodobne! – wyszeptał podążając wzrokiem za groźnymi ruchami ich rąk. Zdumiony zobaczył po drugiej stronie nasypu, w prześwicie pomiędzy torami a wagonami zbliżającą się do nich dość liczną grupę osób. Dzieliło ich około trzystu metrów. Ubrani byle jak, nie śpiesząc się, uzbrojeni w widły, siekiery, drągi i inne różne niebezpieczne przedmioty szli w milczeniu od widocznych w oddali zabudowań wsi. Nie trudno było domyślić się, że chodzi o rabunek. Więc nie zastanawiając się ani chwili wskoczył na platformę po zawczasu przygotowaną na podobną okoliczność drewnianą pałkę.

            – Janka, obudź się. Dzieje się coś niedobrego. Zaraz nas napadną. Słyszysz?! Do mojego powrotu zabraniam ci nawet na krok ruszyć się z wagonu i masz nie spuszczać z oczu kożucha. Pamiętaj, to rozkaz! – Nie czekając aż się zupełnie rozbudzi uzbrojony w solidnie wyglądającą pałkę zeskoczył na nasyp i dołączył do spanikowanych wysiedleńców. 

            – No co się gapicie! Spietraliście się, czy co?! – Krzyknął zły, że zamiast pomyśleć o obronie stoją jak barany i biadolą. Z doświadczenia wiedział, że w sytuacjach takich jak ta uprzedzenie uderzenia ma kluczowe znaczenie dla wygrania walki. Więc postanowił zaryzykować i wrzasnął; – Na ni…ch! – po czym, nie oglądając się do tyłu przedostał się na drugą stronę nasypu i z podniesioną pałką biegiem ruszył w stronę nadciągających napastników. A przesiedleńcy biorąc z niego przykład puścili się za nim. Za przeciwnika Andrzej wybrał chłopa z widłami, idącego w pierwszym szeregu. Jego kompani zdawali się być jakby zaskoczeni takim obrotem sprawy, bo zwolnili kroku, przez co wybrany chłop znalazł się sam na sam z Andrzejem. Chłop widząc, że atak Andrzeja skierowany jest na niego odchylił się do tyłu, aby wziąć większy rozmach i z całej siły cisnął widłami. Andrzej sprytnie się uchylił i widły wbiły się w ziemię tusz za nim. – A ty skurwysynie jeden! – krzyknął – chciałeś mnie zabić?! Ja ci teraz pokażę! – Chłop spanikowany, że nie trafił obrócił się i zaczął uciekać, a Andrzej mu nie odpuścił. Kiedy go dogonił z całej siły zdzielił go od tyłu pałką po nogach. Tamten zawył z bólu i jak rażony piorunem upadł. – I co teraz powiesz, chamie jeden?! – z zaciśniętymi zębami zapytał, opierając nogę na jego piersiach – Biednych ludzi, w dodatku wypędzonych z ojcowizny zachciało ci się napadać?! Nie czekając na odpowiedź splunął i zwrócił się do reszty; – No..o, cudzego wam się zachciało? Chce jeszcze który dostać tego złota? –  potrząsnął pałką. Było to na tyle wymowne ostrzeżenie, że pohamowało wszelkie złe emocje. Jeszcze wodził wzrokiem przez chwilę po napastnikach i podrywając pałką brodę będącego w zasięgu ręki dodał; – A teraz spływajcie, żebym dłużej nie musiał oglądać waszych chamskich pysków!

            – Tak, pane, tak – bąknął on pod nosem i po chwili pełni lęku jeden po drugim zaczęli się wycofywać. Wycofywali się tym szybciej, im szybciej zbliżali się przesiedleńcy gotowi do bójki. Łatwo było przewidzieć jak zakończyłaby się pogoń, gdyby goniących nie powstrzymał zasapany, ostry głos kolejarza. – Stop…! Stoop, panowie, wystarczy, opamiętajcie się! – i nie przebierając w słowach bluznął godną podziwu wiązanką niewybrednych przekleństw. Dostali już za swoje. – Dokończył łapiąc oddech, a gdy podszedł do Andrzeja z szacunkiem poklepał go po plecach – nie lada  mołojec z ciebie – kręcił głową pełen uznania dla jego odwagi. Pozostali, jeszcze rozgorączkowani otoczyli ich ciasnym kołem.  

            – Trzeba sobie radzić – Andrzej wzruszył ramionami i z politowaniem popatrzył na współtowarzyszy podróży wyobrażając sobie, jakby się skończył napad gdyby nie uprzedzili zamiarów napastników. Po czym dodał; – Z takimi tak trzeba. Mocni są jedynie w kupie, a kiedy wyłuskasz jednego i na ich oczach dasz mu wycisk reszta ma pełne gacie. Nie ukrywam, że na to liczyłem – zaśmiał się udając, że bagatelizuje całe zajście.  Chcąc mieć większą swobodę oparł się na pałce i dokończył; – zamierzam iść do wsi po siennik, co wy na to? – ciekawy reakcji przez chwilę taksował wzrokiem ich twarze. 

            – Ceną za to może być życie  – mruknął kolejarz

            – Oni mieliby mnie zabić? – Andrzej zdziwiony wskazał głową na widoczne niedaleko zabudowania. – jak mnie zobaczą, będą schodzić z drogi i w pas się kłaniać – zaśmiał się – Kto ze mną idzie zrobić zaopatrzenie? – zwrócił się głośno do otaczających go ludzi i po jego słowach zapadła grobowa cisza – Sam mam iść?

            – Ja pójdę – po chwili wahania zaofiarował się jeden – ja też – druga osoba podniosła rękę.

            – Wam chyba życie jest niemiłe. Przecież nie wiemy ilu ich tam jest – pukając palcem w czoło wtrącił się kolejarz – lepiej siedźcie na dupie i zastanówcie się, co zrobić żebyśmy na drugi raz byli przygotowani na podobną okoliczność.

            – Ja też idę – nie przejmując się słowami kolejarza odezwał się następny – Od dzisiaj on rządzi – palcem pokazał na Andrzeja.  

            – Powariowali! – za głowę złapał się kolejarz – albo wiecie co, jak tak, to ja też idę, bo może kiedy mnie zobaczą poszanują mundur i was nie pobiją – czując, że traci na ważności obciągnął bluzę. – Cholera by to wzięła – wkurzony przełknął ślinę – „Pilnuj go jak oka w głowie i tak żeby się tego nie domyślił” – z sarkazmem zacytował w duchu polecenie zawiadowcy. – Ja mam go strzec, mam go pilnować! Niby jak? Przecież to jakiś szałaput, gorący nieodpowiedzialny umysł. Nic dziwnego, że ma pseudonim „Żbik” – westchnął patrząc z pod oka na zachowanie Andrzeja.

            – Nie, nie, tylu nie potrzeba – sprzeciwił się Andrzej widząc w górze ręce następnych kilkunastu osób chętnych do pójścia. W tej sytuacji kolejarz jedynie nakazał tym co zostali zawiadomić maszynistę, że do czasu ich powrotu nie ma prawa odjechać.

Podbudowani wiarą we własne siły szli w dobrych humorach z nastawieniem, że każdemu coś się dostanie od niedoszłych oprawców. Po drodze minęli leżący w kartoflisku pełnym chwastów spalony wrak sowieckiego samochodu z którego na ich widok czmychnął zając. Trochę dalej leżał porzucony motocykl bez kół. Pogniecione zboże i wyraźne ślady wielu gąsienic świadczyły, że musiało tędy przechodzić wojsko. Lecz jakież było ich rozczarowanie, gdy zbliżyli się do wcześniej widocznych z daleka zabudowań. Okazało się bowiem, że to nie była wieś, lecz przysiółek zabudowany paroma zagrodami. Dopiero dalej widać było coś co przed spaleniem mogło być niedużą wsią rozłożoną po dwóch stronach szerokiej, polnej drogi. Zaskoczeni widokiem pogorzeliska stanęli jak wryci, a cisza i pustka panująca wokoło zdawała się być ostrzeżeniem przed tym co może ich czekać. – Kryć się! – Andrzej wydał rozkaz chrapliwym, ściszonym głosem pokazując ręką aby się położyli. Z podobną sytuacją spotkał się pół roku wcześniej. Wtedy ich oddział postawił na nogi niespodziewany alarm i informacja o pacyfikacji polskiej wsi, oddalonej od ich miejsca zakwaterowania o około dwudziestu kilometrów. Po zęby uzbrojeni, w sile dwóch plutonów, szli na pomoc forsownym marszem. Gdy doszli do pierwszych zabudowań też przywitała ich niesamowita, nienaturalna cisza podobna do tej. Tak jak tutaj pierwsze kilka napotkanych domostw było nie tknięte ogniem, a dalej dopalało się pogorzelisko kilkudziesięciu chałup. Nie było tam nikogo poza człowiekiem który stał w nadpalonym kaftanem przy najbliższej dopalającej się chałupie z wyciągniętym w ich kierunku karabinem. Otrząsnął się z zamyślenia i kiwnął ręką na dwóch najbliższych kompanów. Jednym z nich był kolejarz – idziemy – wskazał głową na najbardziej okazałą chałupę – a wy macie na nas czekać, zachowywać się cicho i w razie czego zabezpieczyć nam powrót – zwrócił się do reszty towarzystwa. Ostrożnie, spokojnym krokiem podeszli do ogrodzenia. – Dalej pójdę sam – zdecydował i idąc przez podwórko niepewnie rozglądał się szukając wzrokiem czegoś co mogło stanowić zagrożenie. Gdy stanął na progu chałupy, zdeterminowany kilka razy uderzył pięścią w drzwi – Jest tam kto? Otwierać, bo wywalę drzwi! – powiedział ostrym głosem, dając do zrozumienia, że nie żartuje. Po krótkiej chwili drzwi wolno się otworzyły i zobaczył stojącego przed nim mężczyznę z pooraną bruzdami starczą twarzą. Nic nie mówił tylko patrzył na Andrzeja złym, wyczekującym wzrokiem. Nie tego Andrzej się spodziewał i opuściła go pewność siebie. – Po siennik przyszedłem – prawie że na usprawiedliwienie wyksztusił.

            – uwijti[9] – chłop w odpowiedzi mruknął, po czym odsunął się od drzwi, z kolei Andrzej przywołał ręką kompanów obserwujących przy płocie jego poczynania i razem weszli do niedużej sieni, a stamtąd do izby. Zdziwieni zobaczyli w środku kilkanaście osób. Część z nich siedziała na podłodze, a część na czym się dało. Napięci w milczeniu patrzyli taksując wzrokiem każdego z siedzących. Kiedy Andrzej zatrzymał wzrok na chłopie siedzącym na podłodze ze spuszczoną głową, trącił kolejarza i wskazał na niego oczami; – To ten co rzucił we mnie widłami.

            – Damy mu wycisk? Zapytał kolejarz, niepewny co chce zrobić.

            – Pane, okaż dobroć, nie bij nas, my pogorzelcy, dużo swoich straciliśmy – patrząc proszącym wzrokiem na Andrzeja, wtrącił półgłosem starzec, który otworzył mu drzwi.

            – Kiedy to się stało?

            – Bedzie dwie niedziele

            – Hm…., – W myśli na nowo pojawił się Andrzejowi obraz pacyfikowanej wsi. Los jaki dotknął jednych i drugich zdawał się być podobny. Kiedy odruchowo jeszcze raz spojrzał na te smutne, pełne niepokoju twarze miał wrażenie, że spoglądają na niego jakoś dziwnie, tak jakby bali się odezwać i zrobiło mu się nieswojo.

            – A siennik damy. Taras, idź i przynieś panu. – dało się wyczuć, że starzec tą deklaracją chce zamknąć temat. Gdy tamten kiwnął głową i się podniósł, żeby wykonać polecenie,  reszta siedzących zwróciła osowiałe twarze na Andrzeja z podobną nadzieją. – Może rzeczywiście będzie w porządku jeżeli na tym poprzestaniemy? – myślał starając się unikać ich wzroku. Poza tym żołnierka polegająca na zabijaniu od jakiegoś czasu przestała dawać mu satysfakcję. Tylko, że swoim zachowaniem doprowadzili go niemalże do ostateczności, a na to nie mógł sobie pozwolić, żeby byle chłop, nawet będąc nie wiadomo w jak trudnej sytuacji, w jego obecności wymuszał rozbojem  grabież tego co przesiedleńcom, posiadającym bilet w jedną stronę, udało się zabrać ze sobą. Po chwili w drzwiach pojawił się Taras. Ciągnął za sobą okazały siennik wypchany sianem i słomą.

            – Zabierajmy się stąd – Andrzej zakomunikował zdecydowanym głosem.

            – Co mówisz? Mamy zabierać się stąd…? – Kolejarz zaskoczony patrzył na niego z niedowierzaniem. Cały czas chodziło mu o to aby uniknąć burdy, więc skwapliwie przytaknął; – Tak, tak chodźmy, bo nic tu po nas, a ty kolego – obciągnął bluzę -  daj ten siennik. Ja go poniosę i na drugi raz najpierw dobrze zastanówcie się co chcecie zrobić – dodał groźnie patrząc na siedzących. Niezatrzymywani wyszli bez słowa i we dwóch dźwigając siennik jakiś czas szli w milczeniu. Andrzej pod wpływem opuszczających go emocji mimowolnie myślami wrócił do spacyfikowanej wsi przez UPA. W chwilach kiedy opadały z niego emocje często stawał mu przed oczami widok ułożonej pokotem wokół studni martwej, sześcioosobowej rodziny. To co wtedy zobaczył, to była masakra. Leżeli obok siebie zupełnie obnażeni. Mężczyzna z kompletnie zakrwawionym kroczem wisiał nad nimi na studziennym żurawiu, a jego obcięte genitalia wystawały z ust kobiety leżącej z rozpostartymi ramionami i nogami. Po obu jej stronach leżały martwe dziewczynki w wieku kilkunastu lat. Ich wydłubane oczy zakrywały brodawki na piersiach. A metr dalej kolejny trup z odciętą głową i językiem. Gdy te makabryczne obrazy stawały mu przed oczami zastanawiał się jak długo ich zabijali i za każdym razem wyobrażał sobie jak ich torturowali. Wtedy czuł, że wszystko wywraca się mu w żołądku i potnieją ręce. Przez niemal ciągłe rozpamiętywanie okrucieństw czynów budzących grozę u normalnego człowieka żył w napięciu i pogotowiu, że jak wpadnie w łapy banderowców lub NKWD zrobią z nim to samo. Wyjściem było postanowienie zerwania z przeszłością i stąd zrodził się mu w umyśle, niemal ad hoc, wyjazd z kraju.

- Patrzcie co oni wyrabiają, grule[10] łapami wygrzebują!? Dobrze widzę? – Andrzej wyrwany z zamyślenia nie bardzo wiedząc o co Kolejarzowi chodzi patrzył na jego wyciągniętą rękę w kierunku wysiedleńców. – Przynajmniej czasu nie marnują – burknął i odruchowo zerknął na swoje paznokcie. Nie miał ochoty na rozmowę. Czuł zmęczenie i chciał jak najszybciej znaleźć się na platformie, przy Jance.

Wysiedleńcy na ich widok przerwali grzebanie w ziemi. Najbliższy podniósł się z kolan i wytarł o spodnie ręce ubabrane ziemią – nie macie nic więcej oprócz siennika? – z niedowierzaniem i wyczekująco patrzył na Andrzeja. – Na co pan liczyłeś? Że się na cudzym obłowisz?

            – Przecie oni chcieli nas ograbić, a nie my ich.

            – Masz  pan rację. Zabierajcie ziemniaki i chodźmy do eszelonu, bo nic tu po nas. A tamci to pogorzelcy – dodał żeby zrozumieli zmianę planów. Zdziwieni popatrzyli po sobie. Ale w oczach widać było ulgę. Nie mitrężąc wygrzebane wcześniej ziemniaki jedni kładli na ściągnięte z grzbietu i rozpostarte na ziemi koszule, robiąc z nich tobołek gotowy do zarzucenia na plecy, a trzech będących w podkoszulkach zdecydowało się ściągnąć spodnie zostając jedynie w gaciach. Na supeł zawiązali nogawki i do środka nawkładali ziemniaków.

Gdy się zebrali i ruszyli w stronę pociągu z daleka wyglądali jak banda obwiesi wracająca z udanego rabunku. Andrzej z kolejarzem nieśli siennik i zamykali pochód. – Osz kur…. –  Kolejarz potykając się o redlinę szpetnie zaklął pod nosem. Niewiele brakowało i razem z nim Andrzej by się wywrócił, więc chwycił siennik oburącz, i zarzucił go sobie przez głowę na plecy. – Dam radę – odezwał się widząc, że Kolejarz usiłuje mu pomóc – a ty lepiej uważaj jak leziesz, bo jak się wywalisz mundur sobie pobrudzisz – zaśmiał się próbując niezdarne zachowanie kolejarza obrócić w żart. 

            – Lasem pachniesz bracie – ze złością mu odpowiedział – czuje się to na kilometr. Dużo ludzi zabiłeś? – jeszcze dodał nie skrywając sarkazmu w tonie głosu.

            – Ja? Do mnie mówisz? – przez moment zastanawiał się skąd Kolejarzowi przyszło do głowy pytać o takie sprawy i ze zdenerwowania językiem zwilżył wargi. Do tego stopnia go to zaskoczyło, że gdy prostował kark siennik osunął się na ziemię, więc stanął. – Myśmy się już może gdzieś spotkali?

            – Nie było okazji. Powiesz? – nie oczekując odpowiedzi, rzucił na wpół ironicznie.

Andrzej chwilę milczał zły i zmieszany, nie wiedząc co odpowiedzieć. – Mleko się rozlało – westchnął w głębi duszy zdecydowany w jak najprostszy sposób wybrnąć z głupiej sytuacji. Mruknął; – Hm…, pytasz czy zabiłem. Żołnierze strzelają, a Pan Bóg kule nosi. Nie wiesz o tym?

            – Znaczy, że jesteś w zmowie z Panem Bogiem? – zaśmiał się.

            – Nie bluźnij i się odczep, bo oberwiesz – zamierzył się ręką na Kolejarza. Ten ją schwycił. – Zbyt nerwowy jesteś, bracie. Nie uważasz? – Od chwili kiedy ich zobaczył cały czas miał w uszach rozkaz; „odpowiadasz za nich głową. Oni muszą cali i zdrowi dojechać w miejsce przeznaczenia.” – za cholerę nie widać, że są tacy ważni. No może jego siostra, to i owszem fajna babka, ale ten narwaniec…?  Patrzył na Andrzeja podejrzliwie. Trochę go intrygował, jednak nie potrafił go rozgryźć, i to go irytowało. 

            – No dobrze, nie ma co się kłócić. Po prostu tak na mnie działasz – Andrzej wzruszył ramionami – To co, pomożesz? – dodał pojednawczo i schylił się żeby zarzucić siennik na plecy. – Przepraszam – mruknął na koniec, po czym ruszył na przód nie zwracając już na niego uwagi.        

Minęły dwie długie godziny zanim Janka zobaczyła, że się zbliżają. Na ich widok odetchnęła z ulgą. Z daleka było widać, że są w dobrych humorach. Każdy z nich coś dźwigał na plecach, a kolorytu pochodowi nadawał Andrzej idący z tyłu z wypchanym sporych rozmiarów siennikiem trzymanym na głowie. Ta jedna decyzja, podjęta przez Andrzeja w przypływie emocji i zagrożenia spowodowała, że późniejsza atmosfera między wysiedleńcami stała się bardziej zażyła.      

            – Widzisz Janeczko!? Opłacało się! – krzyknął z daleka i chcąc pomachać jej ręką o mało się nie przewrócił. Kiedy podszedł do nasypu z całej siły rzucił siennik na platformę i wdrapał się na górę. – Jestem – zmęczony sapnął.

            – Jesteś!? Jesteś, jesteś… nieodpowiedzialny! Co ty najlepszego robisz! Przecież mogli cię zabić! Nie masz prawa tak się zachowywać! – cała roztrzęsiona objęła go, a on gładził ją po włosach i nie czekając co jej odpowie mówiła dalej; – zapamiętaj Andrzejku, że teraz ważniejsze dla nas od obrony chłopów, jest co innego. Więc musisz być bardziej opanowany jeżeli ma być między nami zgoda.

            – Jak zawsze masz siostrzyczko rację – akcentując słowo „siostrzyczka” ponownie uśmiechnął się i jeszcze raz pogłaskał ją po włosach – Siła odruchu zadziałała, moja droga – dodał ni dumnie, ni na usprawiedliwienie – bo kiedy zobaczyłem idących w stronę pociągu cholernych mużyków[11] z zaciętymi gębami i z zamiarem obrabowania tych biednych ludzi coś takiego we mnie wstąpiło, że nie mogłem się pohamować. Ale mniejsza już o to. –  przez chwilę zatrzymał na jej twarzy spojrzenie oczekując zrozumienia. – A później, jakoś tak mimochodem, przyszedł mi do głowy pomysł z siennikiem. Może dlatego, że kiedy obudziłem się wszystkie gnaty mnie bolały. Wygodnie było ci spać?  Janka odsunęła się zdumiona i z dezaprobatą pokręciła głową.

            – Siennik był powodem twojego zachowania? Czyś ty do reszty zwariował? Naprawdę niewyobrażalne jest to, co ci może przyjść do głowy. Pomysł z wyjazdem do Francji był już dla mnie niebywałym zaskoczeniem, lecz po długim namyśle doszłam do wniosku, że jest w tym sens, ale dla zdobycia głupiego siennika gotów byłeś na najgorsze, co mogłoby nas spot-kać?! – mówiła coraz bardziej rozgoryczona jego brakiem ostrożności. Zupełnie nie rozumie twojego zachowania. Jesteś nieobliczalny.

            – Tak tylko ci się wydaje, ale dajmy już temu spokój, bo to już się stało. Ważne, że nasz majątek się powiększył – zaśmiał się – Ocho, chyba ruszamy do naszej ziemi obiecanej – dodał czując szarpnięcie.

Gdy pociąg ruszył, Andrzej zmęczony usiadł na brzegu platformy i zamyślony patrzył na przesuwające się przed oczami kolejne wioski, pola, lasy i wzgórza Niespodziewanie zniknęły gdzieś pogorzeliska, a obraz mijanych okolic stawał się coraz bardziej sielski. Gdzieniegdzie pojawiały się na moment sylwetki ludzi zajętych żniwami, którzy słysząc nadjeżdżający pociąg odrywali się od pracy aby przez chwilę popatrzeć i w geście pozdrowienia machali do nich rękami. Lubił jazdę pociągiem. Siedzi się, nic nie robi, a ciągle jest się w ruchu i ten wyczuwany na twarzy pęd powietrza wywołany monotonnym, rytmicznym usypiającym stukotem obracających się kół szeptał słowami wiersza Tuwima[12] „…i spieszy się spieszy, by zdążyć na czas…”, aż bezgłośnie się uśmiechnął wyobrażając sobie wersję wiersza przystosowaną do teraźniejszej sytuacji.

            ˗ Myślisz jeszcze o napadzie? – zagadnęła Janka siadając koło niego

            ˗ Trochę tak, trochę nie. Akurat przypomniał mi się wiersz Juliana Tuwima „Lokomotywa” – pamiętasz jak to było?  „…Wagony do niej popodczepiali. Wielkie i ciężkie, z żelaza, stali. I pełno ludzi w każdym wagonie, a w jednym konie, a w drugim krowy, a w trzecim siedzą Janka z Andrzejem. Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy…” pamiętasz? – przyciągnął ją do siebie – nie Janka z Andrzejem lecz „grubasy” – uśmiechnęła się. Bardzo lubiła jego sytuacyjny dowcip. Gdy  w coś się zaplatał niemal zawsze potrafił w ten sposób odwrócić uwagę i rozładować sytuację.

            – Nie wiem jak ty, lecz ja cały czas jestem pod wrażeniem tego, co wczoraj widziałem na ciele tej kobiety. – wskazał ją oczami, zajętą oporządzaniem krowy. – Powiedz, czy można mieć przyjemność w tym, żeby tak strasznie kogoś zmaltretować? Bo ja nie jestem w stanie tego pojąć i to nie daje mi cały czas spokoju.

            ˗ Do czego zdolni są mężczyźni wobec kobiet wystarczy przeczytać „Krzyżaków”[13]. A co do tej sytuacji, to nie wiem, nigdy nie spotkałam się z czymś takim. Na ten temat ty powinieneś wiedzieć więcej. Przecież chodziłeś na akcje przeciw UPA. Trzeba było się ich zapytać, co nimi kieruje, że znęcają się i mordują także niemowlęta. Myślę, a nawet jestem przekonana, że każdy człowiek ma skłonność do określonych zachowań i o tym decyduje kultura osobista – mówiła na wpół zamyślona. – Jej poziom zależy od percepcji postrzegania otaczającej nas rzeczywistości. Im ona jest większa, tym wyższa kultura osobista, ponieważ podnosząc osobistą kulturę życia, rozumiemy więcej, a i intuicja pokazuje nam wówczas coraz większą paletę możliwości wyborów i zachowań.

            -To, co mówisz, to z książki? – Andrzej, zaskoczony jej wywodem, słuchał niemal z otwartymi ustami.

            – Z książki, ale rozejrzyj się uważnie to się przekonasz ile w tym racji.

            ˗ Hm…, percepcja – powtórzył pełen podziwu dla jej wiedzy – Można i tak do tego podejść. No to w takim razie powiedz jeszcze, czy to znaczy, że Ukraińcy nie mają kultury?

            ˕ Mają Andrzejku, ale na niskim poziomie. Zauważ, że ich zachowanie w wielu sytuacjach niewiele różni się od zachowania pierwotnego człowieka, a nawet jest gorsze i bardziej brutalne, bo podsycone nienawiścią. Człowiek pierwotny, walcząc o ogień, musiał zabijać, a robił to nie z zemsty ani z nienawiści, tylko po to, żeby przetrwać, bo gdyby postąpił inaczej, on zastałby zabity albo umarłby z zimna. Czy dzisiaj wyobrażasz sobie, żeby za ogień ktoś kogoś zabił? Bo ja nie, ponieważ ogień nie stanowi już determinanty do przeżycia. I to jest ta różnica, a mordowanie ludzi z nienawiści nie ma nic wspólnego z kulturą, bo jest zbrodnią za którą należy jak najsurowiej karać.

            – Noo, w takim razie czy mordowanie bez powodu sąsiadów i krewnych też tłumaczysz jakąś determinantą?

            – Chyba nie zrozumiałeś co powiedziałam albo chcesz być ironiczny. Ukraińcy postanowili zdobyć własną przestrzeń do życia. Uważają, że drogą do tego jest eksterminacja Polaków. A że jest wojna, korzystają z powszechnego przyzwolenia na zabijanie i zabijają.

            – Mordują.

            – Tak. Razem z Sowietami.

            – Tak.

            – To znaczy, że sowieci też walczą o własną przestrzeń do życia?

            – Nie.

            – Nie?! Nic nie rozumie. Więc dlaczego twoim zdaniem mordują?

            – Z powodów ideologicznych. Tata mówił, że to jest również zemsta za 1920 rok. No i ich kultura osobista odgrywa istotne znaczenie, ponieważ też jest na niskim poziomie. Więc zachowują się jak barbarzyńcy, ludzie nieokrzesani i jak już mówiłam; pełni nienawiści. Oczywiście poza wyjątkami, wspaniałymi postaciami światowej kultury i nauki, jak chociażby Dmitryj Mendelejew[14], Michaił Łomonosow[15], czy  Fiodor Dostojewski[16] lub Piotr Czajkowski[17] i jeszcze wielu innych….          

            – A Niemcy? Ich zbrodnie także wytłumaczysz niskim poziomem kultury osobistej i walką o przestrzeń życiową? Nie chcę być złośliwy, ale słyszałem, że oni często z lubością mordowali ludzi przy dźwiękach muzyki Szopena.

            – Mój drogi, stajesz się ironiczny, a sprawy o których mówimy są dla człowieka najwyższej wagi, więc dalsza nasza rozmowa w tym tonie do niczego dobrego nas nie doprowadzi i lepiej będzie jeżeli teraz ją skończymy. A ponieważ bardzo interesują mnie sprawy ludzkich zachowań, z chęcią do niej wrócę, lecz w innych okolicznościach, bo sama jestem bardzo ciekawa jakich instrumentów użyli naziści żeby popchnąć tysiące normalnych ludzi do bezpośredniego udziału w zaplanowanym ludobójstwie.     

            – Powinnaś studiować filozofię albo psychologię.

            – Chciałabym, jednak jest już chyba za późno, bo mój zegar biologiczny każe myśleć o czymś innym – odpowiedziała, przytulając się do niego.

            – Zegar biologiczny, percepcja, determinanta…, Boże, dzięki ci za skarb który trzymam w rękach! Jakaś ty mądra… – z uśmiechem, pochylił się i cmoknął Jankę w policzek – Chyba mogłabyś sama uczyć, a nie się uczyć. Co zaś do zegara. Mimo, że tyka, jak mówisz, nie powinnaś jeszcze zwracać na niego uwagi – znacząco mrugnął, po czym uśmiechnął się i mocniej przytulił ją do siebie.

            – Przestań i odsuń się, bo ludzie zobaczą. Przecież jestem twoją siostrą, zapomniałeś?    – No tak, rzeczywiście – westchnął i wywodem Janki wprowadzony w nostalgiczny nastrój oddał się myślom zastanawiając się, co jest gorsze dla świata; nacjonalizm, nazizm, oligarchia? I czy możliwe jest żeby człowiek mógł wymyśleć jeszcze inny, gorszy system władztwa od tej triady. Chyba komunizm, który dzięki przewrotności jego przywódców potrafi skutecznie ukryć swoje prawdziwe oblicze. Bo czy jest ktoś, kto może wiedzieć jaka jest liczba jego ofiar? Trzydzieści milionów? A może sto trzydzieści milionów? Chociażby czystki z lat 1934-1938[18], a wcześniej Hołodomor[19] będący Holokaustem narodu ukraińskiego, w czym ewidentnie udział brali Żydzi, czynnie funkcjonujący w sowieckim, bezwzględnym aparacie władzy. To też daje odpowiedź na pytanie o istotę rozumienia ludzkiej natury przez wyznawców tej zbrodniczej idei. Komuniści chyba sami do końca nie zdają sobie sprawy do jakich zbrodni doprowadzili, bo po co się nad tym zastanawiać jeżeli za nic ma się człowieka jako osobę i jego życie. Dla nich ważne jest, że są i mogą decydować o życiu i śmierci, ale też jest tak, że raz puszczona w ruch maszyna zagłady z czasem i ich wsysa, co jednak nie rekompensuje krzywd jakie wyrządzili. W zachowaniu komunistów widoczny jest syndrom  ludzi zniewolonych i zaślepionych w działaniu i mam wątpliwości, czy sami w pełni rozumieją ideę której służą i żeby uniknąć mdłego zapachu krowich gazów przeniósł się na drugą stronę platformy.

Monotonna, niesamowicie nużąca podróż, w dodatku przeplatana nieoczekiwanymi postojami wlokła się im niemiłosiernie. A ich współtowarzysze podróży zmęczeni i rozdrażnieni jazdą, z byle powodu coraz łatwiej dawali się wyprowadzić z równowagi, czego dowodem były przelatujące w powietrzu przekleństwa, które na dodatek mieszały się z głosami zwierząt i dźwiękami rzewnych melodii granych na mandolinie, organkach lub harmonii. Jakby tego było mało, na to nakładał się jeszcze zapach rozwiewanych przez wiatr gotowanych na kozach potraw, a wszystko zdominowane było przez rytmiczny, głośny, jednostajny stukot kół. Ten melanż krzyżujących się w powietrzu zapachów, głosów, muzyki, porykiwania bydła, gdakania kur, gęgania gęsi, szczekania psów i co jakiś czas, przeraźliwego gwizdu lokomotywy udekorowanej zielonymi gałązkami, stwarzał momentami widok trupy cyrkowej stanowiącej zbiorowisko różnej maści dziwaków, gdzie do całości obrazu brakowało jedynie tańczących piesków, ubranych w różowe spódniczki. Było w tym coś tak nadzwyczaj szczególnego, a zarazem niebywałego w całej tysiącletniej historii państwa, że dla Andrzeja miało wymiar okrutnej tragifarsy, odartej teraz z fałszu i blichtru propagandy komunistycznej, momentami wręcz groteskowej, gdzie istotną rolę grał lęk przed życiem w ZSRR, a której stał się z Janką mimowolnym świadkiem i biernym uczestnikiem.

            Kiedy minęli Katowice, coraz częściej można było zobaczyć leżące przy torach zniszczone wagony, wraki samochodów, transporterów wojskowych, czołgów, a nawet dział, spod których sterczały kawałki poskręcanych szyn i inne żelastwo. Obraz dopełniały straszące ponurym wyglądem mijane domy, opuszczone i osmalone ogniem z oknami bez szyb.

Przed Opolem pociąg na rozjeździe ostro skręcił w prawo i zatrzymał się pod semaforem. Przechodząc od wagonu do wagonu Kolejarz informował o zmianie trasy.

            – Jedziemy do Jinau[20] , a stamtąd przez Oleśnicę do Wrocławia – a u was wszystko w porządku? – zatrzymując się przy platformie zapytał Jankę i Andrzeja.

            – W najlepszym.

            – To dobrze. W Oleśnicy, a później w Hundsfeld[21] Czerwony Krzyż będzie rozdawał prowiant na dalszą drogę i tam się z wami pożegnam. Dalej przejmie nad wami opiekę mój zmiennik. 

            – Jak to „przejmie opiekę”? Znaczy, kim ma się opiekować?

            – Wami – wzruszył ramionami i dodał; – taki rozkaz dostałem we Lwowie.

            – Nic nie rozumie. Miałeś rozkaz mnie i Jankę pilnować?

            – Tak.

            – Coś podobnego! – czego jak czego ale tego, że Organizacja ma tak rozległe i długie macki, i że będą mieli w drodze osobistego opiekuna, tego się nie spodziewał. Dopiero teraz zaczął kojarzyć rolę Kolejarza przy incydencie z chłopami. Rzeczywiście nie odstępował go na krok, cały czas studząc jego wojownicze zapędy, jednak mimo wszystko nie na tyle stanowczo żeby z nich zrezygnował.

Tak oto, po prawie czterech tygodniach podróży, dojechali do Psiego Pola. Tam wzięli prowiant na dalszą drogę, pożegnali się z Kolejarzem i ruszyli dalej. Po ujechaniu około trzech kilometrów znowuż się zatrzymali. Stanęli przed niedużym mostem. Andrzej, zniecierpliwiony nieoczekiwanym postojem narzucił na ramiona kożuch i poszedł rozpytać maszynistę, kiedy pojadą dalej. Jedyne czego się dowiedział to, to że stąd, gdzie stoją do miasta jest około pięciu kilometrów, a oni mogą stać nawet do rana lub jeszcze dłużej ponieważ muszą przepuścić sowieckie transporty wracające z frontu.

A że po tylu tygodniach podróży mieli serdecznie dosyć kolejowej platformy zdecydowali się wysiąść, zrobić we Wrocławiu zakupy i ostatnie sto kilometrów, dzielące ich od celu, przejechać normalnym pociągiem. Przy pożegnaniu podziękowaniom, jak i życzeniom oraz dobrym radom nie było końca. Na odchodne jeszcze pogłaskali kundelka, dziękując mu za głośne szczekanie, a krasulę poklepali po zadku dziękując z kolei za świeże mleko ściągnięte za jej uprzejmym zezwoleniem. Potem Andrzej zarzucił plecak na ramię, wziął do ręki walizkę, Janka drugą, mniejszą i wyruszyli do miasta. Po kilkudziesięciu krokach zatrzymał się, a gdy obrócili się, żeby ostatni raz popatrzeć na pociąg zobaczyli machające ręce na pożegnanie i usłyszeli dolatujące słowa błogosławieństwa na dalszą drogę.

            – Szkoda mi ich – odezwała się Janka z oczami pełnymi łez.          

            – Nie martw się. Ratują własne życie, a tak po prawdzie, to idą na lepsze – odpowiedział, odmachując na pożegnanie.

            – Teraz mogę ci już powiedzieć Andrzejku, że na lorze mdlił mnie zapach krowy do tego stopnia, że ledwo udawało mi się powstrzymać przed zwymiotowaniem.

            – Źle się czujesz? Chora jesteś?

            – Nie, ale zauważyłam, że od niedawna stałam się dziwnie wrażliwa na różne zapachy…

            – Hm..y, ciekawe, ja jakoś tego nie odczuwam. – Nic więcej nie mówiąc poszli przed siebie ścieżką wzdłuż torów z nadzieją, że znajdą nocleg i wreszcie przenocują w normalnych warunkach, a na drugi dzień obkupią się i dalej pojadą już normalnym pociągiem. Po mniej więcej piętnastu minutach marszu zobaczyli przed sobą stację kolejową, a w jej tle budowlę z olbrzymim, wysokim kominem przypominającą z daleka więzienie.

            – Breslau Schottwitz[22]. – Janusz przeczytał nazwę stacji – Janeczko, rozejrzyj się, czy kogoś tutaj nie ma, bo warto zapytać, jak dostać się do miasta – wskazał oczami na wiatę i zmęczony dźwiganiem walizki usiadł na skraju peronu.

             - Janka zaciekawiona, uważnie rozglądając się wokoło stwierdziła, że nie tylko na stacji, ale także w jej sąsiedztwie nie ma żywego ducha – Nie ma nikogo Andrzejku, chodźmy, bo robi się późno, a w obcym mieście nie uśmiecha mi się chodzić po zmierzchu.

            – Jak mus to mus – narzucił na plecy plecak – ale zanim pójdę powiedz, moja droga, czyś słyszała żeby ktoś z walizką wybierał się na tułaczkę? Przyznasz, że to pomysł nie z tej ziemi? Tylko ty mogłaś coś takiego wymyślić – dodał z wyrzutem.

            – Marudzisz Andrzejku. Jak ciuchy wyglądają wyciągnięte po kilku tygodniach z plecaka, wystarczy popatrzeć na ciebie.

            – Masz się czym przejmować – wzruszył ramionami – jeżeli o mnie chodzi, nie musisz mieć na sobie żadnych ciuchów – i spojrzał na nią zaciekawiony jak zareaguje.

            – Jeżeli chcesz, to zdejmę – myślał że żartuje i zanim się spostrzegł Janka odchyliła sweter z wyraźnym zamiarem zdjęcia.

            – Zwariowałaś! – krzyknął, widząc, że nic pod spodem nie ma. – Przecież ktoś może zobaczyć!

            – No właśnie, ale też nie chcę, aby mnie ten ktoś oglądał w wymiętych rzeczach. Teraz rozumiesz?

            – Staram się i dlatego dźwigam ten kamień – westchnął. – W takim razie za trud włożony w dźwiganie walizki należy mi się gratyfikacja.

            – Pomyślę o tym, ale teraz chodź już wreszcie.

Chyba nie do końca mnie zrozumiała – mruknął do siebie – po drodze będzie jeszcze czas wytłumaczyć o co mi chodzi – i czując wstępujące nowe siły wstępujące w niego nowe siły z animuszem raźno ruszył do przodu.

Zaraz za stacją, na skrzyżowaniu, zobaczyli dwóch jegomościów zajętych naprawianiem motoru, więc podeszli, aby zapytać o drogę do miasta. Cdn…

 


[1] Kazimiera Neumann, żona Józefa Neumanna – prezydenta Lwowa (1911), który brał później czynny udział w walkach o Lwów, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych, Krzyżem Obrony Lwowa  oraz odznaką „Orląt”. Był także prezesem Miejskiej Kasy Oszczędności, Towarzystwa „Sokół” we Lwowie, Towarzystwa Właścicieli Realności, Gremium Drukarzy Lwowskich. W 1930 odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi

[2] W grobie nieznanego żołnierza na cmentarzu Obrońców Lwowa spoczywa 5 żołnierzy właśnie z placówki  Kleparów, którą potocznie nazywano „Straceńcami”. Nazwa prawdopodobnie wywodzi się od znajdującej się na tym terenie Góry Straceńców. Ich znakiem rozpoznawczym była naszywka z trupią czaszką i literami „G” i „S”.

 

[3] Rzeźnik, morderca

[4] Zbiorowy akt seksualny dokonany z przemocą na Ukraince zamężnej z Polakiem był rozumiany przez Bojówkarzy UPA jako fizyczne eliminowanie polskości i oczyszczenie zbrukanej polskością rasy ukraińskiej.

[5] tyłek

[6] plecy

[7] Drobniutko pokrojone łodyżki tytoniu

[8] Gniazdo, miejsce zamieszkania

[9] wejdźcie

 

[10] ziemniaki

 

[11] chłopów

[12] Wiersz Juliana Tuwima „Lokomotywa” wydany w 1938 roku

[13] „Krzyżacy” – powieść historyczna Henryka Sienkiewicza

[14] Dmitryj I. Mendelejew (1843-1907) – rosyjski uczony, fizyk, odkrywca prawa okresowości pierwiastków chemicznych

[15] Michaił W. Łomonosow (1711-1765) – rosyjski uczony i poeta

[16] Fiodor M. Dostojewski (1821-1881) – rosyjski pisarz i myśliciel

[17] Piotr I. Czajkowski (1840-1893) – wybitny, rosyjski kompozytor

[18] Wielki terror – przedmiotem terroru w ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich) było całe społeczeństwo, a wrogiem nr 1 była polska Polonia.

[19] Hołodomor – (1932-1933) Wielki Głód na ówczesnej Ukraińskiej SRR (dzisiejsza Ukraina wschodnia i centralna). Związany z wprowadzeniem przez Sowieckich Komunistów przymusowej kolektywizacji i obowiązkowych , nieodpłatnych dostaw płodów rolnych przekraczający możliwości mieszkańców wsi.  Według różnych szacunków z głodu wówczas zmarło co najmniej 3,3 mln. ludzi, a nawet ich liczba mogła dojść do 6-7 milionów (Wikipedia)

[20] Jełowa – 12 września 1939 w Jełowej (wówczas III Rzesza) odbyło się spotkanie najwyższych dostojników III Rzeszy. Na spotkaniu zapadły pierwsze decyzje dotyczące podbitych ziem polskich oraz w kwestii ukraińskiej (Legion Ukraiński). Narada miała także związek z ociąganiem się strony radzieckiej z wykonaniem zobowiązań sojuszniczych względem III Rzeszy. W obradach toczonych w pociągu Adolfa Hitlera („Sonderzug des Führers”) uczestniczyli: Joachim von Ribbentrop, gen. Wilhelm Keitel, adm. Wilhelm Canaris i płk Erwin Lahousen. W trakcie konferencji gen. Keitel przedstawił trzy plany rozwiązania problemu polskiego: 1. Podział ziem polskich między Związek Radziecki a Niemcy wzdłuż linii Narew-Wisła-San. 2. Utworzenie małego państewka polskiego, którego władze zmuszone byłyby podpisać pokój z Niemcami. 3a. Oddanie Litwie Wileńszczyzny. 3b. Utworzenie, za zgodą Rosjan, odrębnego ukraińskiego państwa z terenów Galicji i tzw. „polskiej Ukrainy”. Jednocześnie zakładano, iż w razie realizacji tego rozwiązania Ukraińcy zrezygnują z aspiracji do Ukrainy Radzieckiej oraz, że rękami OUN uda się zniszczyć Żydów i Polaków. W Jełowej Hitler miał także zapowiedzieć zniszczenie polskiej szlachty i duchowieństwa jako warstw przywódczych oraz bombardowanie Warszawy .

[21] niemiecka nazwa Psiego Pola – dzielnicy Wrocławia

[22] Wrocław – Sołtysowice

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>