Niepublikowana powieść w odcinkach…

Powieść

Rozdział I – ONA – cd. odcinek 5

i otagowano jako , , .

Po napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, kiedy jeszcze broniła się Warszawa i twierdza w Modlinie, kiedy bronił się Lwów i trwała bitwa nad Bzurą, o świcie 17 września 1939 r. Polska nieoczekiwanie została zaatakowana przez Sowietów. Jak się później okazało, związanych z hitlerowcami paktem Ribbentrop-Mołotow. Jeszcze przed zakończeniem walk okupanci podzielili między siebie strefy wpływu na linii Narwi, Bugu i Sanu, podpisując 28 września 1939 r. stosowny traktat o granicach i przyjaźni. W tej sytuacji klęska wojsk polskich była już tylko kwestią czasu.

I tak, pod okupacją sowiecką nieoczekiwanie znalazło się ponad pięć milionów Polaków. Jakby tego było mało, sześć miesięcy później najwyższe władze państwa sowieckiego, w osobach: Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa oraz Mikojana, zatwierdziły własnymi podpisami notatkę Ł. Berii z 5 marca 1940 r., akceptując w ten sposób propozycję dokonania zbrodni ludobójstwa na dziesiątkach tysięcy Polaków. Ofiarami stały się liczne grupy społeczne stanowiące o kulturze i wartości naszego narodu. Czekało na nie kilkadziesiąt obozów NKWD założonych jeszcze w latach 1933–1938, w czasie tak zwanej „operacji polskiej”, gdzie zamordowano wówczas ponad siedemdziesiąt tysięcy Polaków. W 1940 r. historia miała się powtórzyć.

 

………………

 

                – Wyraźnie nie widać, ale rzeczywiście może to być most – a tam, po lewej stronie, niby w głębi, co mam widzieć?

                – Kościółek! – odpowiedziała lekko zniecierpliwiona. Widzisz, czy nie?

                – Za ogrodzeniem, owszem, widzę duży, drewniany krzyż, ale żeby ten pałacyk – pokazał palcem – miał być kościółkiem w to wątpię. Przecież nie ma na nim żadnego symbolu który mógłby być kojarzony z kościołem, raczej przypomina rezydencję bogatego człowieka. 

                – To ty tak sądzisz. Chodź, pójdziemy się pomodlić – Gdy podeszli, okazało się, że brama i furtka są zamknięte. Mimo to Janka klęknęła na jedno kolano, przeżegnała się i zaczęła się modlić. Kiedy skończyła zapytała zdziwiona: – Dlaczego nie pomodlisz się?

                – Gdzie, tutaj? Na ulicy? – wzruszył ramionami – Wyobrażasz sobie jakby miasta wyglądały gdyby ludzie zamiast w kościołach klękali na chodnikach i się modlili? Pomyśl o tym.

                – Wszędzie jest Pan Bóg – odpowiedziała nie dając wprawić się w zakłopotanie i uważnie przyglądała się pałacykowi. –„jest w tym sens, co mówi”- nie chcąc przyznać mu racji, na odchodne pomyślała w duchu.

Gdy minęli skrzyżowanie i podeszli do mostu, głośno przeczytała treść tabliczki zawieszonej na latarni; :-" Adolf… Hitler… Brucke". - „Musi być ważny, jeżeli tak się nazywa„ – pomyślała, rozglądając się dookoła. – Spójrz Januszku,  czyżby tędy pociąg jeździł?

                – Raczej tramwaj.

                – Tramwaj? Po takich szerokich torach? U nas są o wiele węższe.

                – Widocznie Niemcy wolą szersze – wzruszył ramionami.

Kiedy przeszli przez most, zupełnie zaskoczeni zobaczyli przed sobą rozciągający się aż po horyzont olbrzymi plac pełen gruzów, po zburzonych budynkach. Z prawej strony jego granice stanowiły trzypiętrowe kamienice zwrócone frontem do środka, a z lewej ruiny domów z gdzieniegdzie sterczącymi kikutami ścian. Natomiast środkiem gruzowiska biegła niezniszczona szeroka, brukowana ulica, przedzielona torami tramwajowymi.

                – O cholera! Co musiało się tutaj dziać, że tyle zniszczeń!? Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem – odezwał się Andrzej przejęty widokiem niekończącego się morza gruzów – a w środku niezniszczona ulica i tory tramwajowe, aż nie prawdopodobne do uwierzenia gdyby nie fakt, że to widzę – dziwił się – No i te domy po prawej stronie, nawet nie draśnięte kulą. Wyglądają jakby celowo zostały od reszty ochronione jakąś niewidzialną, pancerną ścianą i tylko dlatego ocalały – wskazał ręką – Zobacz Janeczko, nigdzie nie widać charakterystycznego śladu dla wybuchu bomb. Żadnego leja. Jak do tego mogło dojść…?! Czyżby to co tutaj było zostało celowo wyburzone? – rozważał na głos – Co o tym kochanie myślisz?

                – Chyba masz rację, ale popatrz Andrzejku, tam daleko, widzisz? Tam jedzie tramwaj – zdziwiona wskazała palcem. A jeszcze dalej widać kolejny most. Boże, jeżeli na naszej drodze minęliśmy już trzy to ile mostów musi być w tym mieście. Jak myślisz?  Nie dziwi cię to?

                – Dziwi Janeczko i znaczy też, że są komary – zaśmiał się

W tych okolicznościach nie musieli już pytać o drogę. Pokazywała ją prosta linia szyn biegnących równolegle między dwoma jezdniami i ludzie pojawiający się coraz liczniej, nie wiadomo skąd, zdążający w tym samym kierunku co oni. Im bliżej byli skrzyżowania na którym Janka z daleka zobaczyła tramwaj, tym wyraźniej widzieli za nim ludzkie zbiegowisko.

                – Tam Janeczko, musi być targowisko o którym mówili nam ci dwaj z motocyklem. Myślę, że będzie dobra okazja, żeby sprzedać kożuch. Janka wzięła go pod rękę i przyśpieszyli kroku.

                – Może kupiłabym sobie bieliznę? 

                – Kup co uważasz. Ja też chciałbym kupić kurtkę, no i coś dla bezpieczeństwa, bo z gołymi rękami jakoś niepewnie się czuję. Jeszcze jedno, jak będziesz płacić, bądź ostrożna. – Janka pokiwała głową. Kiedy doszli na miejsce to, co zobaczyli zupełnie ich oszołomiło. Janusz z niedowierzaniem kręcił głową – Czegoś podobnego jeszcze  w życiu nie widziałem – mruczał pod nosem rozglądając się naokoło – Chyba trafiliśmy na dzień targowy – jeszcze dodał zanim weszli w tłum. W powietrzu krzyżowały się nawoływania, przekleństwa i słowa zachęcające do kupowania. Słychać było lwowskie bałakanie, śpiewny akcent z Polesia, gwarę warszawską przeplatającą się z typowo żydowskim słownictwem, a także twardą mowę niemiecką. Przytłoczeni różnorodnością sprzedawanych przedmiotów i oferowanym do kupienia lub zamiany żywym inwentarzem, począwszy od gołębi, a skończywszy na koniach. Trochę onieśmieleni zgiełkiem i żywiołowością ludzi powoli szli rozglądając się z zadziwieniem. Rzeczywiście można było kupić wszystko, nawet działko przeciwlotnicze, jakby ktoś się uparł..

                – Zwróciłaś uwagę, jakże inni są ci ludzie od normalnie handlujących? Jacyś tacy niebudzący zaufania. Na przykład ta kobieta, tam – wskazał ręką –  co ona  ma na głowie?

                – Pewnie Niemka, a na głowie ma toczek. Tak się nazywa takie nakrycie głowy – dodała widząc jego zdziwioną minę – Co zaś do ludzi, rzeczywiście wyglądają mi na łapserdaków liczących na łatwy zysk i gotowych do awantur – westchnęła na widok tylu obcych ludzkich twarzy o rozbieganych oczach na dodatek żywo gestykulujących, a przy tym  jeden przez drugiego wykrzykujący swoje racje – ja będę Andrzejku ostrożna, ale ty nie daj się nikomu sprowokować. Przyrzekasz?

                – Pod warunkiem, że nikt nie nadepnie mi na odcisk – odpowiedział roztargniony i dalej z zaciekawieniem rozglądał się sycąc oczy widokiem otaczających go różności. – Może chodźmy tędy – wskazał na widoczne przejście między dwoma budkami. – Prawdziwa wieża Babel, nie uważasz?           

                – Jeszcze gorzej Andrzejku, bo tak chyba jest w piekle. Zobacz, ile kręci się zakazanych mord, że tak się brzydko wyrażę. Gapią się na mnie, jakby chcieli ze mnie wszystko zedrzeć. Aż mi się zimno robi.

                – A może zgwałcić? – odpowiedział rozśmieszony jej obawami.

                – Dlaczego jesteś taki niesympatyczny?

                – Bo nikt nie jest zainteresowany kupnem kożucha tylko tobą – po czym ku jej zaskoczeniu nabrał w płuca powietrza i krzyknął:

                – Piękny kożuch…! Z futra niedźwiedzia…! Sprzeda…aam!

                – Pokaż no, kochaniutki – zwrócił się do niego handlarz, wychylając się z budki naprzeciwko. – I to ma być kożuch z niedźwiedzia? On za życia był blondynem? – zaśmiał się – W dodatku ma pokręcone kudły jak baran – dalej mówił ubawiony zachowaniem Andrzeja.

                – Bo ich dużo zeżarł, dlatego trochę się zjaśnił i skołtunił.

                – No taak, – handlarz mruknął pod nosem, dokładnie oglądając kożuch. –  co to jest przyszyte naokoło? – zapytał wodząc palcem po oblamówce zrobionej z delikatnego i miłego w dotyku futerka.

                – Jenot, panie naczelniku. Razem z misiem chodził na barany i jak pan widzisz, teraz też są razem – zaśmiał się

                – Jenot mówisz, królewska gadzina, a i nie powiem, ładna. Ile chcesz?

                – Tanio dam. Mogę w zamian wziąć kurtkę, co tam wisi – wskazał palcem – a do tego coś na obronę przed misiami, tylko coś niedużego, no i pani potrzeba trochę bielizny – powiedział, wskazując na Jankę. – Dodaj pan do tego jakąś większą walizkę od tej co pani trzyma w ręku, żebyśmy mieli w co wszystko włożyć i wtedy moglibyśmy przybić, ewidentnie z moją stratą – przy ostatnich słowach stęknął aby w ten sposób wyrazić, że gotów jest sprzedać kożuch za tak niską cenę i spod oka wyczekująco patrzył na handlarza.

                – Dam pierzynę. Młodzi jesteście, przyda się wam i będziemy kwita. Tyż z moją stratą. Bijesz?

                – Pierzynę? Coś pan, panie naczelniku. Nam kocyk wystarczy, a i tak bywa za gorąco – to mówiąc szelmowsko mrugnął i Jankę przytulił do siebie. – Natomiast, co do pierzyn, mam trzy, w tym jedną, pod którą spał Gebels z Ewą Braun – lekceważąco zaśmiał się z propozycji.

                – Gebels, powiadasz?

                – No tak, bo taka trochę przykrótka. Nie wiesz pan, ze on był niewysokiego wzrostu?.

                – Moja jest duża i zrobiona z kaczego puchu. Warta dwóch takich kożuchów.

                – Eeee, jak tak, to nic z tego. Chodź, Janciu, pójdziemy dalej.

                – Poczkaj, kochaniutki. – zatrzymał Andrzeja – Daj przymierzyć.

                – Tylko go pan nie utytłaj – odpowiedział udając, że z niechęcią podaje mu kożuch.

                – Patrzaj stara, wyglądam jak dziedzic. No nie?

                – Nu… pienknie, obróć się, Józuś – powiedziała, oglądając go naokoło. – A i szyty jak na ciebie. Psybij mu, psybij.

                – To ile, kochaniutki, spuścisz?

                – Z jenotem nic.

                – To se go odpruj. Z handlu ma być przyjemność, a ty żadnej nie dajesz. Po co robisz się taki ważny, taki pan, opuść i przybijemy.

                – Nie żydź naczelniku tylko porachuj sobie, a wtedy zobaczysz, czy nie opuściłem. Pamiętaj, że zima idzie. Jak byś wyglądał, chodząc po mieście zatutłany w pierzynę z kaczego puchu, a nie ubrany w elegancki w kożuch. Przy minus czterdziestu zimna nie poczujesz, taki to kożuch.

                – A skąd ty?

                – Z Podola.

                – Uuu, daleko. Jak z tak daleka, to zgoda. Jadźka, wołaj Ceśka i biez panienkę, niech se wybieze troche majtek.

                – Chodź pani do mnie – odpowiedziała, robiąc Jance miejsce do przejścia.

                – Walizka ma być większa i pełna, pamiętaj pani starsza, bo inaczej nie dam kożucha – zagroził Andrzej będąc pewny, że już dopiął swego, a ona bez przekonania pokiwała mu głową i wskazała Jance otwarte drzwi budki, prosząc żeby weszła do środka.

                – Pani taka ładna, ze as grzech patseć. Mam pońcoski pinkne, a i pas się do nich znajdzie, a tu halecki z koronkami, a tam majtecki. Ooo, widzis pani, tam są barchanki na zimę, a i pantalonki sie znajdą. Wybieraj, pani.

                – Majtki są używane – biorąc do ręki pierwsze z brzegu, powiedziała zaskoczona.

                – No to co, ale prane. Pani pranych nie nosi tylko zawse nowe?

                – A walizka?

                – Tu stoi.

                – Przecież mniejsza jest od mojej.

                – Mniejsa? Coś takiego. A co paniusia chciała, moze kufer?!

                – Za tę większą dodam dolara – wskazała Janka palcem na stojącą obok

                – Mało, bo jak paniusia sama mówi, tam więcej wejdzie. Chyba ze dwa. Bo tera dobra waliska drozsa od kiełbasy. Tak, tak paniusiu – dodała widząc w Janki oczach niedowierzanie.

                – No to niech będzie – westchnąła gotowa dobić targu

                – Dwa i tego jednego, o którym paniusia mówiła – handlarka, łapiąc się, że chciała za mało zmieniła zdanie.

                – O matko, ale z pani żyła. Niech będzie, ale pod warunkiem, że wybiorę z tego to, co zechcę. – I wskazała palcem na poukładaną na kupkach damską bieliznę.

                – O..o! – kręciła głową handlarka – to jesce dwa paniusiu. Razem pięć.

                -  Trzy, nie więcej – odpowiedziała już stanowczym głosem.

                – Cós mam zrobić. Niech bedzie ctery. I tak za mało biorę – obserwowała Jankę z nadzieją, że zgodzi się dołożyć – Gdyby tak jesce te kolcyki – dodała z pożądaniem patrząc na Janki uszy – dałabym zakiecik i pantofelki.

                – To pamiątka, nie ma mowy. No to co, mogę wybierać? – zniecierpliwiona zapytała.

                -  Paniusia gotowa skórę zedrzeć z człowieka, a mówi, ze to ja jestem zyła. Ale twarda waluta, to dobra waluta, niech będzie te ctery i wybieraj paniusiu, tylko skody nie zrób. Zebyś tes wiedziała, ze robie to tylko dla mojego starego i kozucha.– po czym przygladając się Janki figurze zapytała; – A nie bois sie, księzniczko, ze ktoś cie napadnie i waliske zabieze?

                – Zabierze, mówi pani? – zajęta wybieraniem potrzebnych jej rzeczy niepewnie odpowiedziała i niespodziewanie ogarneło ją złe przeczucie – a dlaczego niby ma zabrać? – dodała naiwnie.

                – Bo warto, księzniczko. Takie teraz casy. Gwałcą nas bezkarnie, rabują, co się da, stselają bez powodu, więc wszystko moze się zdazyć.

                – W biały dzień? Przecież to mało możliwe, wojna się skonczyła – odpowiedziała lekko przestraszona jej słowami.

                – Mozliwe. U nas i w dzień moze stać się noc. Wy s Podola słysałam, to nie wiecie. Takie casy, takie casy – powtarzała zamyślona. – Miałam córkę taką jak ty. Tez była ślicna, tylko trochę młodsa i pewnego słonecnego dnia nagle stała się noc. To była tylko krótka chwila. A była taka niewinna i taka dobra – mówiła zamyślona z bólem w głosie.

                – Już wybrałam – odezwała się Janka, nie chcąc dalej słuchać.

                – Aaaa, wybrałaś…, to dobze, bardzo dobze. Daj dolary i idź z Bogiem. I pamiętaj, że w dzień może stać się noc – powiedziała ściszonym głosem z wyraźną przestrogą.

Kiedy, trzymając w ręku walizeczkę, Janka wyszła z prowizorycznie zbitej budki pełniącej jednocześnie rolę magazynu i sklepu zaczęła rozglądać się za Andrzejem, szukając go oczami. Gdzie on, do diabła, się podział? – mówiła do siebie podenerwowana. A nie widząc go nigdzie, wróciła z powrotem.

                – I co, nie ma go? – zapytała handlarka.

                – Nie ma, a pani nie wie, gdzie oni są?

                – Jak nie ma znacy, ze interesy jesce robią. Niektóre tseba ukryć psed wścibskim okiem ludzisków, to i sie schowali – Józuś! – krzyknęła

                – A czego tam?

                – Pani ceka.

                – Momencik!

W tym czasie Andrzej zadowolony dobijał ostatecznego targu, ważąc w dłoni pistolet.

                – Oryginalny vis, jeszcze sprzed wojny. Miał go szwagier w powstaniu. Nigdy go nie zawiódł. Przy tym bezpieczny. Możesz pan mieć nabój w komorze i sam nigdy nie wystrzeli – zachwalał handlarz. – Istne cacko, aż żal dać.

                – Kożucha też żal, ale co zrobić, jak mus, to mus – mówił jednocześnie ładując naboje – „Taki sam  miałem” – pomyślał dokładnie jeszcze oglądając pistolet – A co to za kreski na kolbie? Obrazują ilość zastrzelonych Szwabów?

                – Może tak być, lecz teraz to już mało ważne. Dodaj kochaniutki te oficerki, co masz na nogach. Widzę, że to mój numer. Po co ci takie, a dla mnie jak znalazł. Dobrze zapłacę i na dodatek dam jeszcze piękne butki na teraz.

                – Zapłacisz? – odpowiedział Andrzej ze śmiechem. – Nie stać cię człowieku. Są dla mnie warte tyle złota, ile ważą. Dasz tyle złota?

                – Eeee, nie nadajesz się do handlu. Gdyby nie konieczność, nic byś ode mnie nie kupił.

                – Może i tak, ale chodź pan, bo słyszę że nas wołają, no i ja się śpieszę – odpowiedział, chcąc go zbyć. Po czym przywiązał kurtkę do plecaka, plecak zarzucił na plecy, włożył pistolet do cholewy buta, a resztę naboi do kieszeni i razem wyszli.

                – Jak się dostać do kolei? – zapytał na odchodne.

                – Najlepiej tramwajem. Tam jest przystanek – handlarz wskazał ręką i na pożegnanie uścisnęli sobie dłonie.

Kierując się prosto na przystanek i obkupieni we wszystko czego potrzebowali wychodzili z targowiska jeszcze bardziej zmotywowani do dalszej podróży,. Jeden z dwóch gości, których akurat mijali, niespodziewanie zaczepił Andrzeja;

                -  Co masz koleś w tej walizce? – zapytał go nie pozostawiając wątpliwości o co mu chodzi. Andrzej nie mając złudzeń do jego postawy, ostrym głosem odpowiedział przez zęby;

                -  Gówno mam. Chcesz koleś powąchać? – I aby mieć wolne ręce postawił walizkę. Gdy to zrobił widać było, że gość zaczął się wahać zastanawiając się, co w takiej sytuacji powinien zrobić. Uderzyć? Zabrać walizkę? Czy jedno i drugie. A może nie zaczynać? Jego zawahanie wystarczyło Andrzejowi żeby przejął inicjatywę. Nie namyślając się już ani sekundy, złapał gościa za poły koszuli, gwałtownie przybliżył twarz do jego twarzy gotowy uderzyć gościa z główki. Wyglądało na to, że ten drugi właśnie jakby na to czekał, bo natychmiast ruszył w ich stronę, a widząc że Andrzej zastawia walizkę nogą w ostatniej chwili skręcił i pobiegł dalej. Takie zachowanie tym bardziej skłoniło Andrzeja żeby bandziorowi dać wycisk.  

                -  I co ty teraz na to, szczylu jeden? – zapytał wskazując na uciekającego i dłużej nie certoląc się przydusił mu głowę do walizki – poczuj sukinsynu jak pachnie moja walizka – po czym kopnął go poniżej krzyża żeby na długo pamiętał. Następnie wyprostował się, obciągnął sweter i nie zważając już na kulącego się z bólu napastnika, jeszcze trochę zdenerwowany zwrócił się do Janki; – chodź Janeczko, bo inaczej mordę mu tak zbiję, że go nie pozna rodzona matka, jeżeli taką ma. Tfu! – swołocz jedna. Że też takich Pan Bóg nie pokarze.

                -  Doczekasz się Andrzejku, że przez ciebie w nerwicę wpadnę.

                -  Przeze mnie? – zdziwiony zapytał – uważasz, że to moja wina?

                -  Nic więcej nie mów. Chodźmy – energicznie wzięła go pod rękę, mimo wszystko zadowolona, że bez wielkiego wysiłku potrafił poradzić sobie z dwoma złodziejami.

Idąc na przystanek nie czuli się już zagubieni i bezradni, jak w chwili, kiedy pierwszy raz pytali o drogę. Nie tylko szaber plac zrobił na nich olbrzymie wrażenie, ale również otoczenie, w którym się znajdował. Z jednej strony na wpół uprzątnięte olbrzymie gruzowisko z drugiej, ocalałe kamienice, stojące po przeciwnej stronie przystanku tramwajowego do którego się zbliżali, znamionujące wielkość miasta.

                – Z wyglądu tych kamienic przypuszczam, że Wrocław był chyba bardzo dużym, ładnym miastem i musieli w nim mieszkać ludzie tryskający zdrowiem, bo żeby wejść kilka razy dziennie z zakupami lub z wózkiem do mieszkania na trzecie, lub czwarte piętro trzeba mieć końskie zdrowie. – jak już stanęli na przystanku Janka zagaiła rozmowę podziwiając symetryczną elewację ocalałych kamienic przy skrzyżowaniu Tiergartenstrasse[1] z ulicą Lutherstrasse[2].

                – Albo z węglem – Andrzej dodał kiwając głową.

                – Boże drogi, spójrz Andrzejku na lewo, tam daleko skąd wyjeżdża teraz tramwaj. Tam też jest most, lecz cały z żelaza, widzisz? To już chyba piąty.

                – Widzę.  Nie myślałem, że mogą interesować ciebie mosty.

                – Ooo, bardzo lubię stać na moście i patrzeć na wodę. Ona tak miękko, prawie niewidzialną falą potrafi pieszczotliwie muskać nogi mostu. Czyż to nie uroczy widok? Z mostu można też zobaczyć ryby mocujące się z niewidocznym dla oka nurtem. – oparta o jego ramie z zamkniętymi oczami mówiła dalej na wpół do siebie, na wpół do niego z coraz bardziej ogarniającą ją z każdym kolejnym zdaniem fantasmagoryczną nutką nostalgii – Wyglądają jakby stały w jednym miejscu. A czasami widać jak któraś z nich wyskoczy nad powierzchnię, chcąc złapać lecącą muchę i wówczas jej łuski mienią się barwami tęczy. To jest właśnie najbardziej urocze gdy tak stoisz i patrzysz w dół na płynącą wodę -.

                – Myślę, że nie dla muchy – wtrącił zupełnie zaskoczony. Ignorując jego komentarz, Janka otworzyła oczy i dalej kontynuowała myśl;  

                – A stałeś może kiedyś na moście ze złożonym parasolem kiedy padał deszcz? Bo ja tak. I patrzyłam urzeczona jak rzeka łapczywie porywa ze sobą tysiące spadających z nieba grubych, tłustych kropli deszczu. Mają w sobie tyle energii, że w ułamku sekundy potrafią zniszczyć świecące stalowym blaskiem lustro wody. Powiedz, czyż nie jest fascynujące, że im więcej kropel deszczu wchłonie rzeka, tym większej nabiera energii? Słuchasz mnie? – Albo na przykład w zimie. Wtedy powierzchnia wody pokrywa się lodem i płatkami śniegu tworzącymi białą, grubą pierzynę, żeby przed zamarznięciem uchronić wszystko, co w niej jest. Cała rzeka staje się twarda jak stal. Możesz po niej skakać, chodzić i ślizgać się. Czyż z kolei to też nie jest fascynujące?

                – Ja grywałem wówczas z chłopakami w hokeja.

                – W hokeja? Co ty mówisz, nie o grę mi chodzi, lepiej pomyśl co dalej dzieje się z rzeką. Bo kiedy nadchodzi wiosna i wszystko powoli wraca do życia wówczas, żeby pomóc wygonić zimę, rzeka próbuje siłą swojego nurtu zepchnąć z siebie ten niepotrzebny już ciężar. Można by porównać jej zachowanie do człowieka który, jak jest mu za gorąco, skopuje z siebie pierzynę. I kiedy w rzece ponad miarę przybywa wody wtedy groźnie bełkocząc niesie olbrzymie konary drzew, ukazując w ten sposób ukrywaną w środku energię, a płynie tak szybko, jakby za wszelką cenę chciała nadrobić stracony zimą czas. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie to o czym mówię?

                -Tak Janeczko, jestem w stanie wyobrazić sobie wszystko o czym mówisz i nie przypuszczałem, że masz w sobie tyle romantyzmu. Też jestem pełen podziwu dla twojej wybujałej wyobraźni – mocniej ją objął żeby nie czuła się urażona i zaciekawiony patrzył na tramwaj zbliżający się do przystanku

                – Powiem ci jeszcze, że lubię  mosty także z innego powodu…

                – Co do diabła ją naszło? – bezgłośnie powiedział do siebie – Przepraszam, ale może później o tym powiesz, bo tramwaj już podjeżdża – dokończył zajęty szukaniem w kieszeni drobnych na bilet.

Kiedy wszyscy wsiedli, konduktor pociągnął za sznurek przyczepiony do dzwonka, dając sygnał do odjazdu. Tramwaj jakby na to czekał, bowiem natychmiast szarpnął i ruszył do przodu. Zostawiając po lewej stronie szaber plac wjechali w zabudowaną ulicę. Stojące po obu stronach domy, były gdzieniegdzie ozdobione delikatną, przyciągającą wzrok ornamentyką. Na pierwszym przystanku, znajdującym się tuż przy skrzyżowaniu z Stern Strasse[3], rzucała się w oczy, stojąca na rogu po prawej stronie, ciekawa architektonicznie kamienica z kolumną podpierającą jej narożnik. Sto metrów dalej, już za skrzyżowaniem, tramwaj ostro skręcił w lewo i wjechali w ulicę znacznie bardziej zniszczoną, a po dalszych czterystu metrach był następny przystanek.  Z lewej strony minęli niezniszczony wojną park z widocznym w głębi stawem.

                – Waschteich Park[4] – Janka z nieoszklonego okna tramwaju z trudem odczytała tabliczkę z nazwą parku, potem było kolejne skrzyżowanie i kolejny przystanek przy którym stała już spora grupka osób. Jak wszyscy wsiedli, zrobiło się tłoczno. Andrzej, obawiając się, że może zostać przedzielony obcymi ludźmi, przepchnął się do Janki i stanął blisko niej. Tak dojechali do następnego przystanku na skrzyżowaniu z ulicą Matthiasstrasse[5], gdzie już z daleka widać było czekający tłumek ludzi obładowanych torbami, plecakami i różnego rodzaju pakunkami. Kiedy wszyscy wsiedli, zrobił się taki ścisk, że z trudnością mógł podnieść rękę. Odebrał to jako znak, że są już niedaleko dworca. Przez parę minut tramwaj jeszcze stał, czekając aż przejedzie kolumna aut eskortowanych przez żołnierzy z wymalowanymi na hełmach czerwonymi gwiazdami.

                – Trofijny transport – niepytany odezwał się mężczyzna, stojący przy Andrzeju. – Co dzień parę takich wyjeżdża. Jak na to patrzę, szlag mnie trafia. A ciebie, kolego, nie?

                – Też – zdawkowo  odpowiedział nie chcąc wdawać się w dyskusję.

Gdy kolumna przejechała, tramwaj przeciął skrzyżowanie i wjechał w ulicę przy której, po prawej stronie znajdowała się zajezdnia. Kiedy ją minęli uwagę pasażerów zwróciła na siebie Janka, mówiąc podniesionym głosem: – O mój Boże! Zobacz Andrzejku, jaki potężny bunkier! Jeszcze czegoś takiego w życiu nie widziałam. Tam może schronić się chyba pół miasta, nie uważasz?

                – Nie uważam. I proszę, nie reaguj w ten sposób, bo ludzie patrzą na ciebie – powiedział niezadowolony. – Patrz, wszyscy szykują się do wysiadania, więc my też się zbierajmy.

Kiedy tramwaj stanął na obszernym placu, ludzie niecierpliwie zaczęli przepychać się do wyjścia.

                – Nie za ciężką masz walizkę? – zapytał, jak już wysiedli.

                – Nie za ciężką. Mogę wziąć jeszcze twoją – odpowiedziała naburmuszona – i nie życzę sobie, żebyś strofował mnie przy ludziach.

                – Przepraszam, ale jak usłyszałem „o mój Boże”, przestraszyłem się, że coś ci się stało. A ty po prostu krzyknęłaś, ot, tak sobie, bez powodu, wbrew przykazaniu żeby nie wzywać imienia Boga na daremno . Gdybym…

                – Wcale nie krzyczałam i nie żartuj sobie ze mnie – nie dała mu skończyć. – A ponieważ nie jestem kobietą wyrachowaną, więc wyobraź sobie, że czasami kierują mną emocje. Rozumiesz? – akcentując ostatnie słowo głosem nie znoszącym sprzeciwu.

                – Janciuu, co się z tobą dzieje? –i przymilnie objął ją wolną ręką. – Nie mówię, że krzyczałaś, tylko że niepotrzebnie krzyknęłaś. I nie chcę się z tobą sprzeczać, bo nie ma o co. Ważne jest teraz, żebyś bardziej panowała nad sobą, bo jak tak dalej pójdzie, będzie to nasza pierwsza kłótnia. Chcesz, aby tak się stało?

                – Nie.

                – No, więc?

                – Co więc? – zapytała, patrząc na niego i domyślając się o co mu chodzi, pocałowała go w policzek. – No, więc? – z kolei ona zapytała nastawiając policzek. Andrzej nie ociągając się, namiętnie pocałował ją w szyję. – Przestań głuptasie – otrząsnęła się, czując przechodzące przez nią mrowie. Po czym już w pełnej zgodzie dołączyli do grupy ludzi idących z tramwaju w stronę dworca.

                – Popatrz, Janeczko, ten duży czerwony budynek przed nami to na pewno dworzec, a więc jesteśmy bliscy celu – odetchnął zadowolony.

                – Zupełnie inny niż tarnopolski. Jakiś taki monumentalny, no i te baszty na rogach. Bardziej jest podobny do zamku niż do kolejowego dworca, nie uważasz?

                – Pełna racja. Nasz jest o wiele ładniejszy, bo z daleka wygląda jak pałac, a ten z tymi czerwonymi cegłami i schodami, po których trzeba się wspiąć, żeby wejść do środka, rzeczywiście przypomina zamek. To co, spróbujemy go zdobyć?

                – Tak – kiwnęła głową.

Przyciemnione, brudne wnętrze holu pełne różnego autoramentu ludzi, robiło nie najlepsze wrażenie. Było duszno i gorąco. A oprócz wszechobecnego smrodu dawała się wyczuć ogólna atmosfera podenerwowania, którą potęgował ogromny bezład. Trzymając się mocno za ręce, wolno przepychali się do przodu wśród koczującej ciżby ludzi. Po kilkunastu minutach przepychania  wreszcie z trudem dostali się do kas.

                – Dwa bilety do Lignicy, proszę – nachylony do okienka, chcąc być bardziej słyszalnym Andrzej powiedział podniesionym głosem.

                – A nakaz masz? –w odpowiedzi usłyszał głos kasjera.

                – Nakaz? – odpowiedział zdziwiony – nie mam.

                – To nie sprzedam.

                – Jesteśmy repatriantami i się zgubiliśmy – wtrąciła się Janka.

                – Tu wszyscy są repatriantami. Pokażcie dokumenty – Andrzej sięgnął do kieszeni z tyłu spodni, wyjął kopertę, a z niej Karty ewakuacyjne i podał kasjerowi. – No tak, zgadza się. Do Lignicy, tak?

                – Tak, kiedy przyjedzie pociąg?

                – Może za dwie godziny, a może jutro. Nie wiem, będzie komunikat, to się dowiecie.

                – Powiedz pan jeszcze, czy ci ludzie też tam jadą? – zapytał odbierając bilety i wskazał ręką za siebie.

                – Oni? – kasjer odpowiedział zdziwiony. – Coś pan, to detaliści.

                – Detaliści? Nie rozumiem. Co to znaczy?

                – Naprawdę pan nie wiesz?! To ludzie należący do nowo powstałej partii mającej wymiar ruchu narodowego. Pracują nad odbudową ojczyzny. Mówiąc poważnie i krótko, są to szabrownicy, ale detaliści. Co tutaj ukradną, wywożą do Centrali. Uważaj pan, żeby i was nie okradli. No i wiedz pan, że partia ta ma też swoją elitę. Są nią z kolei szabrownicy hurtownicy. Ci działają w grupie. Z nimi pan już nie pogadasz, bo albo podetkają człowiekowi pod oczy list żelazny z podpisem ministra albo lufę karabinową. Ale oni raczej tu nie przychodzą, bo mają samochody, którymi towar wożą do swoich magazynów i hurtowni rozlokowanych po drodze do Warszawy.

                – Tylu złodziei w jednym miejscu i nikt z władzy nie reaguje? – skomentował mówiąc niby do siebie i odwrócił głowę podejrzliwie patrząc na tłum otaczających ich ludzi.

                – Przecież mówię, że to ruch narodowy. Nie zrozumiałeś pan co powiedziałem? Należy do niego urzędnik, milicjant i minister. Więc kto ma reagować? Ale to nie wszystko, ciekawie się dopiero robi, jak przyjeżdżają na dworzec ich starsi bracia w dziele odbudowy. No, wiesz pan, tacy skośnoocy Słowianie z gwiazdą na czapce. Wtedy jest dopiero widowisko, że ho, ho! Nie radzę, abyście byli chociażby świadkami ich wybryków, bo wtedy można nieźle oberwać. W każdym razie im szybciej stąd wyjedziecie, tym lepiej dla was.

                – Dzięki za radę.

Trzymając w ręku bilety, przepychali się do przejścia na perony między kilkunastoosobowymi grupkami nieogolonych, niedomytych mężczyzn w różnym wieku i widocznych gdzieniegdzie między nimi kobiet. Jedni z nich stali, drudzy siedzieli niedbale na walizkach i porozkładanych tobołach, lub wprost na posadzce. Inni drzemali oparci o siebie plecami, a jeszcze inni, zabijając nudę oczekiwania, pili samogon i grali w karty. Przechodząc między nimi, Janka stała się obiektem ich szczególnego zainteresowania. Na słowne docinki oraz niedwuznaczne propozycje starała się nie reagować. Gorzej było w sytuacjach, gdy niektórzy z mijanych mężczyzn usiłowali ją podszczypywać. Do tego dochodziły jeszcze rozlegające się na jej widok ciche pogwizdywania. Kiedy prowokacyjnie drogę zastąpił jej typ z podbitym okiem, usiłując bezczelnie złapać ją za biust, przestraszyła się nie na żarty. Widząc, co się dzieje Andrzej, poirytowany kazał jej iść przed sobą.

                – Co frajerze się czepiasz?! –  zwrócił się zdenerwowany do kolejnego faceta siedzącego na tobołach, koło którego przechodzili i który nieoczekiwanie klepnął bezpardonowo Jankę w pupę.

                – Sprzedaj lalunię, a dobrze zapłacę.

                – Odczep się, to nie towar. To moja żona.

                – Ooo, to świetnie, a może nawet jeszcze lepiej. Więc tylko pożycz na chwilkę. Przecież nic ci nie ubędzie, a i grosza trochę wam wpadnie.

                – Zjeżdżaj gościu, bo oberwiesz!

                – Daj mu spokój, nie odzywaj się – wtrąciła się Janka. – To jakiś zboczeniec – dodała, z obrzydzeniem patrząc na niego.

                – Ach ty, kurwa mać, ja zboczeniec? – na jej słowa tamten podniósł się gotów ją uderzyć. – Patrz Franek, jaka ćma[6] nam się trafia! – pokazując na Jankę, zwrócił się do kumpla siedzącego obok i ryknął śmiechem, chcąc sprowokować Andrzeja do bójki.

                – Nie denerwuj się, laluniu – jednocześnie odezwał się do Janki jego kumpel i wyciągnął rękę, usiłując włożyć ją pod spódnicę. – Nie strugaj damy, tylko chodź biniu[7], to poszforimy się na patataja[8] i będzie po krzyku.

Widząc, co on robi, Andrzej bez namysłu odtrącił go nogą. Tamten zdezorientowany osunął się z tobołów na posadzkę. W tym momencie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różki, ucichły prowadzone rozmowy i zaczęło się robić wokół nich pusto, a będący najbliżej zajścia z zaciekawieniem patrzyli, co się dalej będzie działo. Nie zwracając uwagi na otaczających ich ludzi, Andrzej spokojnie postawił walizkę, rozluźnił sprzączki w plecaku i zrzucając go z pleców zwrócił się do Janki:

                – Uważaj na bagaże.

                – Błagam, daj spokój. Chodźmy stąd, bo zrobią ci krzywdę.

                – Już za późno, odsuń się – powiedział do niej przez zaciśnięte zęby.

Po czym, obserwując uważnie zachowanie jednego oraz drugiego, schylił się, zza cholewy buta, gdzie był schowek na nóż szturmowy, wyciągnął teleskopową pałkę kupioną od handlarza na szaber placu, a z kieszeni spodni metalową kulę wielkości dużego włoskiego orzecha i ostentacyjnie zaczął ją wkręcać na szpic pałki. Kiedy wkręcił dostatecznie mocno, zablokował pałkę zapadką znajdującą się przy rękojeści i aby zapewnić sobie swobodę ruchu, przepchnął nogą leżące między nimi toboły. To wszystko zrobił bardzo szybko i sprawnie, a widząc, że stoją jak wryci uderzył się pałką lekko po udzie i zapytał;

                – No to teraz słucham, w czym jest problem?

                – Ty straszysz pałką, a my mamy szpadryny[9] i co ty na to, podskakańcu[10]? Uderzysz? – zaczepnie zapytał ten, który usiłował włożyć Jance rękę pod spódnicę.

                – Nie bądź taki asior[11]  i powiedz, dlaczego traktujesz moją żonę jak dziwkę? – to mówiąc Andrzej jednocześnie przystawił mu pałkę pod brodę.

                -  Poślij mu bombę[12]! – usłyszał za plecami głos podpitego faceta. Ponieważ nie miał pewności, po czyjej jest stronie, na wszelki wypadek przesunął się, żeby też mieć go na oku.

                – Pytam ostatni raz – Andrzej zwrócił się do tego któremu pałkę przystawił do brody i szturchnął go tak mocno, że tamten się zatoczył. Widząc, że złapał równowagę i wkłada rękę do kieszeni, nie namyślając się ani chwili, zdzielił go w nią pałką. Tamten wrzasnął i aż przysiadł z bólu. Następnie Andrzej spodziewając się reakcji ze strony jego kumpla, natychmiast zwrócił się do niego, lecz tamten zbladł i jąkając się, zaczął prosić, aby go nie bić.

                – Uszpasuj się[13], kolego, po co ten cały szucher[14], ludzie patrzą, jak nas bijesz. Nie wstyd ci?

                – Mnie ma być wstyd!? A może to wy powinniście się wstydzić?– odpowiedział podniesionym głosem i zamachnął się na niego.

                – O Jezu! Nie zabijaj! – widząc nad sobą pałkę, przestraszony oprych wydarł się na całe gardło.

                – Macie natychmiast przeprosić moją żonę, to może dam wam spokój.

                – No i owszem, jak trza, to trza –  oprych nie namyślając się chwycił Jankę za dłoń i klęcząc na jednym kolanie zaczął ją całować.

                – Co ty Andrzejku mówisz, ja nie chcę, nie potrzeba, co pan robi, pan da spokój! – zawstydzona jego zachowaniem prosiła, jednocześnie wyszarpując dłoń.

                – No to teraz zobacz pan, co mi zrobiłeś –  na wpół płaczliwym głosem, odezwał się ten drugi podstawiając Andrzejowi pod twarz rękę, która siniała i puchła w oczach – na pewno złamana. Boże, jak ja do pociągu to wszystko potaskam[15] – mając na myśli zgromadzony w tobołach szaber, mówił podłamany, litując się nad sobą

                – Mówiłem żebyś przeprosił panią, to by ci od razu przeszło cepaku[16] jeden – warknął mu w odpowiedzi i po chwilowej ciszy zaczęły dobiegać go coraz liczniejsze głosy oraz komentarze gapiów otaczających ich wianuszkiem, a wśród nich wybijał się głos kobiety, która z wyrzutem mówiła do męża ; “Widzisz, stawiali się i nam też grozili, a teraz boja[17] mają. Żebyś ty, Józuś, był taki fest iniewąski[18] jak ten pan, to ja też bym się ubierała jak ta pani, a nie chowała ładne ciuchy w walizce i chodziła jak żebraczka.”

                – Panie oficerze, dam sikora[19] na pamiątkę, a pani nylony i przyłączę się do was, co? – chwytając Andrzeja za rękaw niespodziewanie zaczepił go chudy jegomość z pejsami.

                – My w przeciwną stronę, kochany.

                – Tak? A gdzie? – zapytał rozczarowany.

                – Do Zgorzelca.

                – O matko, nie do Centrali…? Co wy, przecież tam ruskie i Werwolf.

                – Damy radę – to mówiąc z powrotem włożył plecak, wziął do ręki walizkę i zaczęli z Janką na nowo przepychać się w kierunku peronów.

 Im mieli bliżej do przejścia na perony, tym tłok stawał się większy i mniej chętnie ustępowano im z drogi. Kiedy wreszcie dobrnęli do drzwi, nie zeszli na dół do tunelu, lecz bocznym wyjściem wydostali się na zewnątrz. Mniej więcej na wysokości swoich głów, po lewej stronie, zobaczyli peron zapełniony takim samym mnóstwem ludzi jak w holu dworca. Żeby tam się dostać, trzeba było wejść jeszcze po kilku schodkach. A ponieważ koło schodków było w miarę luźno, Andrzej postawił walizkę, ściągnął plecak i na kamieniach rozścielił kurtkę.

                – Tu przynajmniej nie czuje się smrodu. Poza tym można usiąść – powiedział z ulgą w głosie. A Janka jeszcze oszołomiona tym, co się przed chwilą przeżyła, zapytała:

                – Jeżeli byłoby ich więcej,  co wtedy byś zrobił?

                – Mam jeszcze pistolet – wskazał oczami na oficerki.

                – Kupiłeś pistolet?! Czy ty aby nie przesadzasz?

                – Nie – odpowiedział i zwrócił się do przechodzącego obok nich kolejarza. – Panie zawiadowco, za ile przyjedzie pociąg do Lignicy?

                – Jak będzie miał przyjechać, to zapowiedzą.

                – Aleś pan miły.

Wtedy kolejarz spojrzał na nich bardziej uważnie i dodał:

                – Czekamy na transport z repatriantami. Kiedy przejadą, podstawimy skład do Lignicy.

                – Czyżby to nasi mieliby jechać, jak myślisz? – zapytała Janka

                – Poczekamy, zobaczymy – odburknął i patrzył za odchodzącym kolejarzem zastanawiając się jaką należałoby założyć gadkę żeby pomógł im ulokować się w wagonie. Potem spojrzał na Jankę – „ładna jest i chyba przez to, to wszystko się stało.” – rozmyślał nad zdarzeniem patrząc przed siebie na drzwi prowadzące do budynku stacji – „Zaraz, zaraz, co ona wtedy do mnie mówiła?” – starał sobie przypomnieć. – „Że nazbierało się w niej tyle emocji i musi jakoś odreagować. Chyba coś w tym stylu. Dziwna jest psychika kobiet” – westchnął i czuł jeszcze drżenie palców u rąk po zatargu z warszawskimi menelami. – „Diabli wiedzą, jak to by się skończyło, gdyby rzeczywiście było ich więcej niż dwóch” – dodał w myślach zmęczony w gruncie rzeczy niepotrzebnym zajściem.

- O czym myślisz?

                – O tobie.

                – Czy dobrze?

                – O tobie zawsze myślę dobrze.

                – Ja też o tobie zawsze dobrze myślę – ucałowała go serdecznie w policzek. Mimo jego pewności siebie, czuła ogarniający ją coraz częściej jakiś bliżej nieokreślony wewnętrzny niepokój. Powoli dochodziło też do niej, że nie zważając na zmieniające się uwarunkowania jednak cały czas najważniejsze dla Andrzeja było to, co dzieje się tu i teraz. Zdaniem Janki temu podporządkowywał swoje zachowanie, niewiele myśląc o ewentualnych skutkach. – „Kiedyś szczęście jednak może go opuścić i co wtedy ze mną się stanie? Zresztą, trudno się dziwić, bo tego nauczyła nas okupacja i wojna”. – tłumaczyła sobie – „Muszę powstrzymać się od krytyki i delikatnie nakierowywać go, żeby jednak robił to, co ja uważam za słuszne i lepsze, co wcale nie znaczy, żeby do pewnego stopnia dalej nie przestał być chłopcem pełnym fantazji i pomysłów” – uśmiechnęła się będąc w duszy mimo wszystko dumna z Andrzeja odwagi i z czułością popatrzyła na niego oczami pełnymi zrozumienia – „na pewno z czasem swego dopnę” – z optymizmem jeszcze pomyślała, przywołując w pamięci rady babci, jakie słyszała na temat dorosłości i różnic między płciami. – „Zdaje się że babcia miała świętą rację mówiąc: „Nie wychodź nigdy ze swojej roli i pamiętaj, że to my rodzimy dzieci, a nie oni. My kierujemy się instynktem macierzyńskim, oni tylko ojcowskim, więc nawet nie próbuj wejść w ich rolę, bo i tak siusiak ci nie wyrośnie. Nie oczekuj też, żeby myślał jak ty, bo kobietą on się nie stanie”. Muszę jej radę koniecznie na dłużej zapamiętać, abym kiedyś mogła powtórzyć  córce, oczywiście jeżeli będę ją miała” – głęboko westchnęła i zwróciła się do Andrzeja;

                – Wczoraj wieczorem mówiłeś coś o gruszkach. Może masz, bo zjadłabym z przyjemnością.

                – Zapomniałem urwać. Chcesz może sweter? Pytam, bo stoimy w cieniu i nie chcę, abyś się zaziębiła.

                – Tak, z łaski swojej  podaj moją walizkę.

Kiedy wyciągnął po nią rękę, nieoczekiwanie nastąpiło poruszenie, a ludzie stojący przed nimi w popłochu zaczęli rozsuwać się na boki. Część z nich ruszyła wprost na nich, chcąc dostać się do schodków prowadzących na peron. I po chwili ponad narastającym gwarem dało się słyszeć przeraźliwy krzyk kobiety: – ludzie…! Uważajcie, Ruskie idą!

Po momencie, zza rogu budynku stacji wyłonili się sowieccy żołnierze z opaskami Czerwonego Krzyża na ramieniu uzbrojeni w pistolety maszynowe, co było dziwne i zdawało się nie wróżyć nic dobrego. Korytarzem mimowolnie zrobionym przez ludzi szli rozchwianym, wolnym krokiem w stronę schodków przy których stała Janka i Andrzej, w niewybredny sposób zaczepiając po drodze co niektóre osoby.

- Co się tak gapicie!? Ruskich nie widzieliście, czy co? Jak chcecie być cali, uciekajcie i to szybko! – powiedział do Janki i Andrzeja gość, pchający się z plecakiem na schodki.

Andrzej, nie zastanawiając się już ani chwili zwrócił się do Janki:

                – Jak cię podsadzę, wtedy złap się barierki, to będzie ci łatwiej wejść.

                – A ty?

                – Podam ci bagaże i wejdę za tobą.

                – A może tu zostaniemy? Przecież nic złego nie zrobiliśmy – niezdecydowana zwróciła się do Andrzeja nie będąc pewna, czy to dobry pomysł.

                – Po co niepotrzebnie ryzykować? Korzystniej dla nas będzie, jak zejdziemy im z oczu.  Noo, nie marudź dłużej, tylko wchodź tak raz, dwa.

Janka posłusznie stanęła na Andrzeja splecionych dłoniach i wspięła się, aby uchwycić barierkę zabezpieczającą przed spadnięciem stojących na peronie.

                – Co się „Oczko” gapisz? Mleczarni nie widziałeś? Uważaj, żeby ci gały z orbit nie wyleciały. Lepiej byś zrobił, pomagając pani wejść do nas – usłyszała nad sobą jakby znajomy głos i poczuła, że ktoś pociągnął ją za rękę. Gdy popatrzyła w górę, aż zdrętwiała. Oparty o barierki stał nad nią kumpel gościa, którego Andrzej zdzielił pałką i patrzył na nią z dziką radością w oczach wyraźnie żądny rewanżu za to, co przytrafiło mu się za sprawą Andrzeja.

                – No chodź, chodź, laluniu. Nie ociągaj się – mówił do niej półgłosem, szczerząc dziurawe zęby w szyderczym uśmiechu.

                – To pan!? – krzyknęła przerażona.

                – A co ty myślałaś, ćmo jedna, że wam podarujemy? Że będziecie bić bez powodu spokojnych ludzi i ujdzie wam to na sucho? No właź, to we dwoje pogadamy sobie, a być może będzie nas więcej – to mówiąc, wskazał oczami na ruskich i zaśmiał się złowrogo.

W tym samym momencie za jej plecami rozległy się strzały. Przestraszona hukiem gwałtownie wyrwała rękę, przez co Andrzej stracił równowagę i razem upadli na ziemię.

                – Co ty, do cholery, robisz? – zupełnie zaskoczony zapytał głosem pełnym złości.

                – Przepraszam, przestraszyłam się, spójrz w górę. No i te strzały – mówiąc to, wstała roztrzęsiona, otrzepała spódnicę… i znowuż nastąpiło zamieszanie, ponieważ z budynku stacji wyszedł sołdat, który wcześniej strzelał, przytrzymując kolejarza za kołnierz marynarki. Wszyscy patrzyli z niepokojem, jak go poszturchuje lufą pistoletu, a on zdaje się nie do końca rozumieć, o co im właściwie chodzi. Po krótkiej, burzliwej wymianie słów sołdaci dali mu do ręki worek, a on na cały głos krzyknął; – Ludzie! Okup dać trzeba! – Podtykając ludziom worek aby każdy wrzucał do niego co miał cennego przeszedł koło koło Andrzeja i Janki, i wszedł po schodkach na peron. Po czym ku zupełnemu zdumieniu Janka w odległości zaledwie kilkunastu metrów zobaczyła przed sobą sołdata dużego wzrostu, a przy nim jeszcze dwóch innych, który, nie krępując się, sikał przed siebie i mówił coś, czego nie mogła zrozumieć.

                – Na Boga, zobacz, co tam się dzieje! – oniemiała patrzyła, jak wstrząsnął ciałem, a następnie zapiął rozporek. Przez krótką chwilę stał jeszcze niezdecydowany rozglądając się wokoło, po czym wskazując ręką na perony pełne przestraszonych ludzi, kilka słów zamienił z towarzyszącymi mu żołnierzami. Przewidując najgorsze, Andrzej odwrócił się, dyskretnie wyjął zza cholewy buta pistolet, włożył za pas spodni i dla niepoznaki naciągnął sweter. Kiedy to robił dostrzegł, że z góry obserwuje go kumpel gościa, którego wcześniej uderzył, więc w niedwuznaczny sposób wskazał mu ręką, aby zszedł mu z oczu. Tamten zrozumiał groźbę, bo odsunął się od barierki i zniknął między ludźmi. Natomiast ten co sikał, zadowolony z siebie, lekko chwiejąc się na nogach, zrobił kilka kroków w ich stronę i żeby nie było wątpliwości o kogo chodzi pokiwał na Jankę, a że nie zareagowała, zirytowany zakrzyknął:

                – Giermańcy! Kom, kom!

                – My nie Giermańcy, jesteśmy Polakami – odpowiedział Andrzej z nieukrywaną złością.

                – Ta wsio rawno. Pokażi kakij szaber u was – nie ustępując, mówił do nich i podchodził coraz bliżej.

Chcąc otworzyć zamki w walizce, Andrzej pochylił się, i na wszelki wypadek odbezpieczył pistolet.

                – U nas nicziewo – powiedział, pokazując zawartość walizki.

                – Nie jesteśmy szabrownikami i niczego nie mamy – dodała Janka, mając iskierkę nadziei, że jej uwierzy.

                – A czasy? Tożie niet?

                – Tożie – odpowiedział Andrzej, coraz bardziej zdenerwowany.

                – Ja nie wieriu – gdy już blisko do nich podszedł warknął szczekliwym głosem i nagle, zupełnie nieoczekiwanie wepchnął Jance pod biustonosz wielką, owłosioną łapę. – A eto czto? – zapytał nie zwracając zbytniej uwagi na Andrzeja. Następnie z premedytacją i z całej siły, szarpnął za biustonosz, po czym z widoczną satysfakcją w oczach zwrócił się do kumpli pokazując Janki nagie piersi. Wszystko stało się tak szybko i niespodziewanie, że ani Andrzej, ani Janka, przeszyta strachem, nie zdążyła zareagować.

                – I czto? Nicziewo? – rechocząc z uciechy mówił dalej z ironicznym grymasem na twarzy jednocześnie przytrzymując jej ręce dla lepszego widoku obserwujących zajście – A w pizdoczku, toże nicziewo nie majesz? – wyzywająco zapytał po raz drugi i przez sukienkę niespodziewanie złapał ją drugą ręką za krocze.

                – Nu Jura, pokażi nam czto tam jest – krzyknął do niego kompan, śmiejąc się wulgarnie ze sprawionej mu uciechy.

                – Nicziewo, nicziewo – Janka przerażona jego zachowaniem powtarzała ze łzami w oczach i w panice niezdarnie zasłaniała się, próbując odtrącić jego łapska. Widząc co się dzieje z Janką, Andrzej czuł, jak wszystko zaczyna się w nim gotować. Wściekły z całej siły odtrącił napastnika, aż ten o mało się nie przewrócił.        

                – Proszę was, zostawcie nas w spokoju, bo nie przeżyjecie tego – powiedział przez zaciśnięte zęby z trudem  hamując się przed ostatecznym rozstrzygnięciem.  

Żołdak nie przejmując się jego słowami ponownie podszedł do Janki i śmiejąc się zdarł z Janki spódnicę.

Tego dla Andrzeja było już za dużo. Zdawał sobie sprawę, że szanse wyjścia cało z tej sytuacji są niewielkie, ale mimo to, chcąc ratować Jankę przed tym co ją dalej może czekać, przezwyciężył obezwładniającą go złość i ogarnięty wściekłością cofnął się o krok, chcąc mieć przed oczami całą czwórkę. Po czym błyskawicznie wyszarpnął zza pasa pistolet i nie namyślając się, dwukrotnie strzelił do sołdata celując w jego rękę. W momencie oddawania drugiego strzału nieoczekiwanie rozległa się seria z erkaemu. Poczuł, jak jakaś siła rozrywa mu ciało i powoli zaczęła ogarniać go fala miłego ciepła. Śmiertelnie ranny i cały we krwi osunął się na ziemię, a pozostali dwaj żołnierze, przystrojeni w opaski Czerwonego Krzyża oraz czapki z czerwoną gwiazdą, oddali kilka serii w powietrze, dając do zrozumienia, że gotowi są zabić wszystkich, jeżeli ktokolwiek chciałby im się sprzeciwić. Janka, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co się stało, blada jak papier, przez chwilę trwała w bezruchu i patrzyła z przerażeniem na Andrzeja leżącego u jej stóp. Bezwiednie uklękła, wzięła w ręce jego bezwładną głowę i przytulając swoją twarz do jego twarzy mechanicznie powtarzała bladymi jak kreda ustami; – „Andrzejku, mój kochany… Andrzejku mój najdroższy… O mój Boże, co oni ci zrobili…” – a łzy, wielkie jak groch, toczące się z jej oczu bezgłośnie spadały na zakrwawioną pierś Andrzeja.       

                -  Oj, Jura, Jura, ty nieostorożny, on by tiebia ubił, a wajny użie nie imiet. Daj ruku, to tiebie ja pieriewiażu[20]  zupełnie nie przejmując się Andrzejem leżącym bez ruchu w powiększającej się kałuży krwi, kompan ryżego zwrócił się do rannego w rękę towarzysza, a że rana była powierzchowna wyjął z torby osobisty opatrunek, żeby ją zabandażować. W czasie, kiedy bandażował rękę, ten który był po cywilnemu, trzymając w pogotowiu pepeszę gotową do strzału obserwował otoczenie, a czwarty z nich zbierał bagaże porzucone w pośpiechu przez przestraszonych ludzi.

                – Czto ty? Tronsja zadnicu[21]! – z zabandażowaną już ręką ryży sołdat zwrócił się do Janki –pajdiosz do naszej bolnicy, blać giermańska[22]. Tfuu!  splunął i obrzydliwie zarechotał, patrząc z nieukrywaną satysfakcją na jej postać przepełnioną bólem. A widząc w jej uszach złote kolczyki, schylił się i zerwał je zdrową ręką. Żeby do końca wyładować złość kopnął bezwładnie leżące przed nim ciało Andrzeja i jakby tego byłoby mu jeszcze mało uderzył Jankę w twarz, po czym kopnął otwartą walizkę Andrzeja z której powypadały ich rzeczy. Na koniec machnął zdrową ręką dając znak, że czas już zejść na dół – Pajdiom, mołojcy – poklepał po plecach tego który założył mu opatrunek, przy czym wskazując na Jankę powiedział; –  , nałożi jej naruczniki, ona pojdiet c nami[23] – Na co tamten kiwnął głową. Ponieważ Janka ciągle klęczała szarpnął ją podrywając na nogi i nie patyczkując się skuł jej ręce kajdankami. W tym samym czasie cywil który był z nimi ściągnął oficerki z nóg Andrzeja i licząc na bogatą zawartość walizki stojącej tuż obok zwłok Andrzeja zabrał ją ze sobą.

Odprowadzani przerażonym wzrokiem otaczających ich ludzi, obładowani zabranymi bagażami, popychając przed sobą słaniającą się na nogach Jankę w grobowej ciszy sowieci szli w stronę schodów do karetki czekającej na dziedzińcu dworca.

 

 

………………………………………………………………………………………………………………………………

[1] Obecnie ulica Marii Curie Skłodowskiej

[2] Nieistniejąca ulica Targowa zabudowana na Placu Grunwaldzkim Domem Naukowca.

 

[3] ulica Henryka Sienkiewicza

 

[4] Obecnie Park prof. Stanisława Tołpy

 

[5] Obenie ul. Jedności Narodowej, wcześniej J. Stalina

 

[6] prostytutka.

 

[7] kochanie, kochanka

 

[8] przelecę cię szybko.

 

[9] Kastety.

 

[10] Gwałtowniku

 

[11] Zuch.

 

[12] Uderz go.

 

[13] Uspokój się.

 

[14] Awantura.

 

[15] doniosę

 

[16] chamie

 

[17] stracha

 

[18] Mocny i nieprzeciętny

 

[19] zegarek

 

[20] Oj Jura, jesteś nieostrożny, on by ciebie zabił, a wojny już nie ma. Daj rękę to ja opatrzę

 

[21] Co tak stoisz, rusz dupę

 

[22] Pójdziesz do naszego szpitala, kurwo germańska

 

[23] Nałóż jej kajdanki, ona pójdzie z nami

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>