Niepublikowana powieść w odcinkach…

Powieść

Rozdział I – ONA – cd. odcinek 4

Po napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, kiedy jeszcze broniła się Warszawa i twierdza w Modlinie, kiedy bronił się Lwów i trwała bitwa nad Bzurą, o świcie 17 września 1939 r. Polska nieoczekiwanie została zaatakowana przez Sowietów. Jak się później okazało, związanych z hitlerowcami paktem Ribbentrop-Mołotow. Jeszcze przed zakończeniem walk okupanci podzielili między siebie strefy wpływu na linii Narwi, Bugu i Sanu, podpisując 28 września 1939 r. stosowny traktat o granicach i przyjaźni. W tej sytuacji klęska wojsk polskich była już tylko kwestią czasu. I tak, pod okupacją sowiecką nieoczekiwanie znalazło się ponad pięć milionów Polaków. Jakby tego było mało, sześć miesięcy później najwyższe władze państwa sowieckiego, w osobach: Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa oraz Mikojana, zatwierdziły własnymi podpisami notatkę Ł. Berii z 5 marca 1940 r., akceptując w ten sposób propozycję dokonania zbrodni ludobójstwa na dziesiątkach tysięcy Polaków. Ofiarami stały się liczne grupy społeczne stanowiące o kulturze i wartości naszego narodu. Czekało na nie kilkadziesiąt obozów NKWD założonych jeszcze w latach 1933–1938, w czasie tak zwanej „operacji polskiej”, gdzie wówczas zamordowano ponad siedemdziesiąt tysięcy Polaków. W 1940 r. historia miała się powtórzy

•••••••

 

             

- Towarzysze… – Andrzej nie czując się zbyt pewnie zwrócił się do nich z bezpiecznej odległości i trzymając znacząco rękę w kieszeni kożucha, dał do zrozumienia, że przygotowany jest na najgorsze – do miasta lepiej iść prosto, czy tą sztrasą[1] w lewo?

                – Nie tycuj[2], mów do mnie pan – odpowiedział wyższy podnosząc się z kolan i prostując plecy. Wy co za jedni? – zapytał badawczo przyglądając się im.

                – Rodziny szukamy – Andrzej zbył jego pytanie – No więc, którędy powinniśmy iść?

                – Do centrum zapychaj prosto, można też na links[3]. Kumasz? –

                – Dzięki, poszmulamy[4] na links. Teraz taka moda, no nie? – odpowiedział z uśmiechem. –  Stąd jest daleko?

                – Jak na links, to będzie ze trzy kilometry. Miniecie dwa mosty stojące jeden przy drugim. Stąd je nawet widać. Gdzie się gapisz, patrz na południe – wyciągnął rękę żeby mu pokazać – a dwa kilometry dalej jest jeszcze jeden most i za nim idąc prosto dojdziecie do targowiska. Tam jeździ już tramwaj, więc o dalszą drogę bez kłopotu kogoś się zapytacie.  A na drogę dam ci jeszcze dobrą radę. W kożuchu o tej porze wcale nie jest ci do twarzy. Nie bądź też taki syromudry[5] i kiedy bałakasz[6] z nieznajomym, nie trzymaj łaby[7] w kieszeni, bo możesz oberwać, nawet na wieki, bo tu jest jak na dzikim zachodzie. Strzały krzyżują się na równi z bałakaniem. A momentami nie wiadomo, czego słychać więcej, rozumiesz co mówię? – zaśmiał się – Z towarzyszem też uważaj. Lepiej mów obywatelu, wtedy się nie narazisz ani czerwonym ani białym. Tak, tak obywatelu, nie masz co się dziwić. Tutaj wojna dopiero się kończy i nie ma żartów. To siostra? – zmienił temat zainteresowany urodą Janki.

                – Żona – Andrzej bez namysłu odpowiedział i lekko zmieszany wyjął rękę z kieszeni –Może pomóc? – dodał chcąc zatrzeć prowokujące zachowanie.

                – Znasz się na tym?

                – Nie bardzo, ale może zapali na pych, próbowaliście?

                – No pewnie, lecz nic z tego nie wyszło – patrzył na Andrzeja z nadzieją, że jeszcze coś podpowie. Andrzej zdjął kożuch i podał Jance. – Zobaczymy, może to pomoże – podszedł do motoru, nachylił się nad silnikiem i zachybotał motorem z uchem przy baku, żeby sprawdzić czy jest paliwo.

                – Klucz macie? – wskazał palcem na świecę.

                – Tylko obcęgi – niższy podał je usłużnie.  

                –  Będzie potrzebny jeszcze kawałek szmaty lub rurka – z wysiłkiem odkręcając świecę, rzucił za siebie. Tamci zdezorientowani zaczęli grzebać w kieszeniach, po czym wyższy nie znajdując żadnej z rzeczy o które prosił Andrzej zdecydowanym ruchem urwał z marynarki kawałek podszewki. – Może być?  

                – Może – odpowiedział mu i rękę wyciągnął po szmatę. Starannie wytarł nią do sucha świecę, następnie szmatkę wsunął do zbiornika z paliwem, po czym ostrożnie ją wyjął i przytknął w miejsce gdzie wcześniej była świeca, żeby wpuścić tam kilka kropel benzyny.  – To byłoby na tyle. – sapnął na nowo wkręcając świece – Daj który gaz, bieg wrzuć na jedynkę i próbujcie pchnąć, może zagada. – Niższy usiadł za kierownicę, przekręcił klucz w stacyjce i zrobił jak mu Andrzej kazał, a wyższy zaczął go pchać. Bez powodzenia zrobili dwa kółka.

                – Psia mać! Nie dam więcej rady! – wyższy nie mogąc złapać tchu bezradnym wzrokiem spojrzał na Andrzeja – Może nas nie słucha, bo szwabski? – dodał i kopnął ze złością w oponę.

                – A jak ma słuchać jeżeli on trzyma wciśnięte sprzęgło?

                – O ty kurna Olek! To racja, zjeżdżaj ja tera siadam, a ty pchaj – wyższy zwrócił się do niższego, a tamten zmieszany, bez sprzeciwu zamienił się rolą. Gdy rozpędził motor wysoki puścił sprzęgło i w tym samym momencie silnik szarpnął motorem do przodu z taką siłą, że w desperacji przed wywrotką wysoki odruchowo ścisnął hamulec. Kiedy go puścił było już za późno, bo leżał przygnieciony przez motocykl. – Co się gapicie, do jasnej cholery! Zdejmijcie tego szwaba ze mnie!

                – Dobra, dobra nie wrzeszcz – ważne, że jest na chodzie – stękając mniejszy podnosił z Andrzejem motor – sam bracie jesteś winien sobie….

                – W takim razie my już pójdziemy, prawda Andrzejku? – Jasne – jeszcze odczekali aż się tamci pozbierają, a gdy usadowili się na motocyklu pomachali im na pożegnanie i poszli drogą w kierunku dwóch mostów. Po drodze Andrzej uprzytomnił sobie swoją sztuczność – Nie ma co, przesadziłem z tą ręką. Lecz jeżeli tak jest jak mówił ten wyższy muszę sprawić sobie visa[8]. Tylko skąd go teraz wziąć? Cholera, niepotrzebnie się go pozbyłem – westchnął i zamyślony przypominał sobie jak mu wszyscy zazdrościli. że go ma – Nawet „Major” nie miał visa i chciał żeby mu przehandlować – Wiesz Janeczko co znaczy vis?

                – Vis? Co ci przyszło do głowy, że pytasz? Chodzi o pistolet?

                -  Tak sobie pytam. Po łacinie znaczy siła i teraz kochanie tego nam brakuje.

                – Chyba nie o taką siłę tu chodzi. Nic się nie odzywałam, ale przed tymi ludźmi zachowałeś się jak harcerz. Zakrzywionym palcem trzymanym w kieszeni chciałeś ich przestraszyć? Pamiętaj, że masz nas bronić, a nie narażać na niebezpieczeństwo i to w tak krótkim czasie już drugi raz.

                – Przepraszam, ale co Janulko miałaś na myśli mówiąc „nas bronić”? Czyżbyś jeszcze z kimś była kogo nie widzę? – spytał zaintrygowany próbując wziąć ją za rękę.

                – Nas, to znaczy nas. Nie rozumiesz? – popatrzyła na niego pytającym wzrokiem – „Boże, jaki on jeszcze chłopięcy. Chyba łatwo nie będzie.”  –  głęboko westchnęła.

                – Rozumiem, już chyba  rozumiem… – po chwili zastanowienia powiedział podniecony – powiedz, jak to się stało? Czyżby ze mną?

                –  No wiesz! A niby z kim? – odpowiedziała z dającą wyczuć się złością.

                – No to będziemy mieli małego zesłańca! – już nie zwracając uwagi na jej słowa krzyknął radośnie, puścił walizkę i zaczął ją całować. – Moja ty Janulko kochana, tak się cieszę, ale powiedz…, co my teraz zrobimy? – pytał szeptem między pocałunkami, trochę bezradny i jakby z lękiem.

                – Ach ty mój dzieciaku. Tak jak już powiedziałam, musisz o nas dbać, żeby nam nic się nie stało. Zapamiętaj, że niczego od ciebie nie oczekuje jak właśnie poczucia bezpieczeństwa – a na dowód że złość jej przeszła, wzięła go pod rękę – ale to, mój drogi, jeszcze nic pewnego. Jedynie domyślam się że tak może być. Słyszałam jak kiedyś mama na ten temat rozmawiała z koleżanką. Ona mówiła jej, że tak jak ja teraz, uczulona jest na zapachy, wtedy mama powiedziała, że to może być oznaka, iż jest w ciąży. I miała rację. No, chodź już, bo przecież nie będziemy tutaj stać w nieskończoność. – Uśmiechnięci ruszyli przed siebie, a Andrzej wprawiony dobrą nowiną w dobry humor ustawiając wspólny z Janką krok ruszył w rytm mazura nucąc; „czy pozwoli panna Janka? Młody ułan pyta. I tak długo błaga, prosi, czy pozwoli panna Janka…?[9] – cmoknął ją w policzek – O…oo – śpiewał dalej - pannie tłucze się serduszko i liczko się płoni…- znowuż ją cmoknął – No…o, lube dziewczę porzuć smutki…- urwał, przytulił ją do siebie i namiętnie pocałował.

                – „cieszy się jakby miał dostać obiecaną wcześnie zabawkę?” – z uśmiechem próbowała wyrwać się z objęć. – Po zachowaniu Andrzeja nabierała coraz większego przekonania, że jednak ma rację, że Andrzeja pojęcie o ojcostwie może ograniczyć się do faktu, że ma dziecko, a nie, że jest jego ojcem. – „Oj, chyba będę miała do wychowania dwoje dzieciaków” – westchnęła nie mogąc sobie darować, że akurat w czasie kiedy nazbierało się tyle niewiadomych musiało się to zdarzyć.

                –  Ciężko ci, kochanie?

                -  Tak dzieciaku, jest mi ciężko.

                -   Więc daj, ja poniosę.

                -  Ty poniesiesz? Co poniesiesz? A…a, rozumiem, walizkę poniesiesz, tak? Nie, nie ma potrzeby.

                -   A jak będą dwojaczki albo trojaczki?

                -  Nie nadążam za tobą. Że co?  Dwojaczki? O przedszkolu marzysz? Mało masz kłopotu ze sobą? A może ty do przedszkola byś poszedł?

                -  Co cię ugryzło? Nie można pożartować, pofantazjować?

                -  Można Andrzejku – odpowiedziała na wpół zrezygnowana – więc pozwól, że przez chwilę teraz ja sobie pomażę.

Zaabsorbowani myślami o dziecku i przyszłości nawet nie zauważyli, kiedy doszli do mostów wspomnianych w rozmowie z dwoma jegomościami.

                – Co to za umocnienia? Czemu one służą? – zapytała Janka zaskoczona widokiem grubych wyprofilowanych pasów betonu zakończonych olbrzymimi metalowymi wrotami po obu stronach rzeki. – Ryby tutaj trzymają?

                – Coś ty, fachowo nazywa się to komorą wodną. A wszystko razem śluzą. Dzięki takim śluzom bez kłopotu po rzekach mogą pływać statki – Janka kiwając głową przeniosła uwagę na tabliczkę z nazwą ulicy zawieszoną na latarni; Wilhelm… – sylabizowała – sruher Stra… sse… To „sse” brzmi jak syk padalca, nie uważasz? – zaśmiała się ze swojego porównania.

                – Strasse po niemiecku znaczy ulica – odpowiedział rozbawiony. – Noo, chodź Janeczko, przecież sama chciałaś, żeby się pośpieszyć.

Gdy weszli na drugi most, nieoczekiwanie panującą ciszę zakłóciła mijająca ich ciężarówka szczelnie zakryta plandeką. – „Co za miasto, ludzie w nim wymarli, czy co? Nawet psa z kulawą nogą nie uświadczysz. A może tylko tak mi się wydaje?” – Miejsce w którym byli wzbudziło w nim jakiś trudny do określenia niepokój. Nie mógł sobie tego stanu wytłumaczyć ponieważ w otaczającej ich pustce było coś tak nienaturalnego, że aż się wzdrygnął i kolejny raz rozejrzał się wokoło szukając potwierdzenia swoich obaw, że ktoś ich śledzi, a oni bezradni, wyglądają jak łowna zwierzyna na otwartym polu. Podobnie rzecz się miała kiedy w czterdziestym trzecim poszedł razem z „Kuną” na rozpoznanie miejsca w którym oddział planował wysadzenie torów. Było to gdzieś między Smykowcami a Dyczkowem. Tak jak teraz wydawało się, że w okolicy nie ma żywego ducha. Akurat kończyli oznakowania, gdy nagle za plecami usłyszeli: „ Halt! Ruki w goru!” Zaskoczeni, bez słowa powoli zsunęli się z nasypu i z rękoma w górze obrócili się w stronę dobiegającego ich głosu. Przed sobą, w odległości trzech kroków, zobaczyli dwóch osobników w mundurach Policji Porządkowej. Jeden trzymał wymierzony prosto w nich karabin, a drugi z zaciekawiony usiłował zobaczyć co oni wcześniej robili. Reakcja ich była błyskawiczna. Doskonale to zapamiętał. –„ Tam!” – krzyknął przeraźliwym głosem i uniósł rękę pokazując palcem coś czego nie było za ich plecami. Jak na komendę odwrócili się i „Kunie” wystarczył ułamek sekundy na wyjęcie noża i celny rzut w szyję tego który wcześniej trzymał w nich wymierzony karabin. Trafił jak na treningu, a on upuścił karabin, złapał się za szyję i bez słowa osunął się na ziemię.

                – Podobają ci się te domy? – Janka przerwała milczenie – Są ładne, nie uważasz? Lecz jednocześnie jakieś takie smutne, bez życia. Andrzejku, mówię do ciebie. Słyszysz? Mówię, że te wille wydają się jakieś takie dziwnie smutne i w niczym nie przypominają naszych. Takie zupełnie inne, większe, jakby kanciaste…- oczekując odpowiedzi zamilkła na moment – Powiesz, nad czym się zamyśliłeś?

                – E.., nic takiego. Ale coś mi przyszło do głowy – Janka pamiętając o sienniku spojrzała na niego zaniepokojona – Mówiłaś Janeczko o willach. Też uważam, że są interesujące i właśnie o nich myślałem. Zwróciłaś może uwagę, że prawie wszystkie mają okna i drzwi zabite deskami? Co wcale nie przeszkadza, żeby jedna z nich nie udzieliła nam gościny –przygryzając dolną wargę kuszącym wzrokiem spojrzał na Jankę – Wreszcie moglibyśmy doprowadzić się do porządku i wygodnie wyspać w dobrym solidnym niemieckim łożu, jak nowożeńcy w noc poślubną, a jutro spokojnie zrobić zakupy i pojechać dalej. Co ty na to? Zaryzykujemy? – dodał lekko podniecony – Noo, co ty na to? Przecież nie raz byliśmy w gorszych sytuacjach i jakoś nikt nas nie złapał –intuicyjnie czując jej sprzeciw chcąc zbić wątpliwości dodał; – Pamiętasz, na przykład, chwile w łazience u moich rodziców? – rozmarzony westchnął wymownie zaglądając Jance w oczy – Jeżeli nie będziemy zbytnio hałasować, na pewno nikomu do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy w środku. Ja przyrzekam być cicho, a ty? – tym razem spojrzał prowokacyjnie i oczekując przyzwolenia filuternie zmrużył oko.

                – Chcesz się włamać? A jak nas przyłapią, co wtedy z nami się stanie? – mimo, że pomysł jej się spodobał nie bardzo była przekonana, czy powinni tak postąpić i nieoczekiwanie dla samej siebie zapragnęła żeby, móc wreszcie po dwóch tygodniach męczarni usnąć bez mdlącego, nieznośnego zapachu krowy, nawet płacąc wysokie koszty włamania. – W takim razie też będę cichutko, a ty zrób jak uważasz, bo jak nigdy jeszcze, tak bardzo pachnie mi wygodne, szerokie łóżko i to bez względu do kogo wcześniej należało – wspięła się na palce i go pocałowała.  

Nie bez znaczenia było też, że miało się ku wieczorowi. Andrzej nie chciał być zaskoczony zmrokiem na ulicy tego obcego, pustego miasta, więc przyśpieszył kroku i za mostem, na pierwszym skrzyżowaniu, skręcili w podrzędną uliczkę, a pięćdziesiąt metrów dalej w następną, równoległą do Wilhelmsruher Strasse[10].

                – Co znaczy Baldurweg[11]?

Andrzej niemiecki znał dość dobrze, ale tym słowem Janka go zaskoczyła.

                – Gdzie to wyczytałaś?

                – Tutaj – wskazała ręką na tabliczkę z nazwą ulicy.

                – Nie mam pojęcia. Najprawdopodobniej to jakieś stare słowo zapożyczone z mitologii germańskiej albo nordyckiej. Dokładnie nie wiem. Może symbol piękna, albo coś w tym rodzaju – gdy jej tłumaczył uważnie się rozglądał. Była taka cisza, że słyszał bicie własnego serca. – „Fajnie byłoby tu zamieszkać” – pomyślał, po czym będąc przekonany, że w pobliżu nie ma żywej duszy poprosił, żeby Janka stanęła na rogu uliczki i dała mu znać, jakby ktoś się zbliżał. Podczas kiedy ona obserwowała okolicę, podszedł do ogrodzenia okazałej posesji z nadzieją, że znajdzie dziurę przez którą mógłby wejść do środka, a że ogrodzenie było zrobione zgodnie z zasadami solidnej, niemieckiej roboty pozostało mu jedynie przeskoczyć przez zamkniętą furtkę. Gdy był już w środku obszedł dom wokoło. Na poziomie piwnicy okna były zakratowane, więc wspiął się na taras. Tam, długo nie namyślając się, ostrożnie oderwał jedną z desek blokujących dostęp do drzwi balkonowych, następnie przyłożył rękaw kożucha do szyby i zdecydowanie uderzył pięścią. Szyba bez zbytniego hałasu się rozleciała. Teraz pozostało jedynie pozbierać kawałki potłuczonego szkła, wsunąć do środka rękę i przekręcić klucz tkwiący w zamku od wewnętrznej strony drzwi. Kiedy je otworzył zobaczył duży, gustownie urządzony pokój – Nieźle jest tutaj, chyba los nam sprzyja – pomyślał i wszedł do środka, po czym zdjął z ramion plecak i razem z kożuchem rzucił na stojącą w rogu sofę. – Fajnie jest – zbierając się do wyjścia z zaciekawieniem jeszcze raz rozejrzał się po pokoju. Gdy znalazł się na zewnątrz Janka zdenerwowana całą sytuacją szybko  podeszła do niego.

                – Byłeś w środku?

                – Jasne że byłem. Hotelik czeka na gości. Spodoba ci się – puścił do niej oko i przełożył walizki przez bramkę. Żeby Jance było łatwiej przedostać się na drugą stronę delikatnie ją podsadził. W momencie gdy łapiąc równowagę ostrożnie przekładała nogę nad krawędzią furtki, nie mógł się oprzeć i korzystając z okazji całą siłą oczu usiłował przeniknąć wzrokiem przez majteczki, aby móc zobaczyć skrzętnie ukrywane tajemnicze miejsce mocy kobiety nad mężczyzną, lecz szybciej zeskoczyła na drugą stronę bramki, niż zdążył cokolwiek dojrzeć – Sprytna jesteś – mruknął rozczarowany patrząc na nią pożądliwym wzrokiem.

                – Pośpiesz się, bo jeszcze ktoś nas zobaczy – Janka nie domyślając się o co mu chodzi uśmiechnęła się zadowolona z pochwały – dlaczego stoisz? Coś się stało? Noo, chodź wreszcie, kochany dzieciaku. Bo z gapienia się na mnie niewiele ci teraz przyjdzie

                – Och, Janulko… Janulko, żebyś ty wiedziała, jak ja ciebie kocham –  oparty o bramkę dalej taksował ją łakomym wzrokiem – Stoję, patrzę na ciebie i zastanawiam się, czy jestem ciebie wart.

                – Co ty mówisz, chyba zgłupiałeś. Nie masz innych problemów? Jak będziesz dalej tak stał, ktoś cię może zobaczyć i narobisz nam kłopotu. Noo, raz, dwa przechodź! – Bez słowa posłusznie przeskoczył przez furtkę, wziął do rąk walizki, poprowadził Jankę do tarasu i przez otwarte drzwi balkonowe weszli do mieszkania. W czasie kiedy maskował miejsce włamania Janka podekscytowania z zaciekawieniem rozglądała się po pokoju. Jego wielkość, rodzaj i ilości mebli mówiło jej, że to jest salon w którym spotykali się domownicy i byli przyjmowani goście. Wzrok przyciągał przede wszystkim zwisający z sufitu, na wpół uszkodzony, żyrandol z mnóstwem kryształowych koralików różnej wielkości – „Chyba ktoś próbował go zdjąć i zniszczył” – pomyślała, patrząc z podziwem na artystyczną robotę stylowego cacka z czasów Ludwika XVI. Z kolei meble bardzo przypominały te jakie były u niej w mieszkaniu, kiedy jeszcze mieszkała we Lwowie. Wśród nich wyróżniał się duży stół, fortepian, kredens i zegar kwadransowy wbudowany w skrzynię fornirowaną dębem, stojący naprzeciwko ozdobnego pieca kaflowego. Był jeszcze stolik okolicznościowy z inkrustowanym blatem, a przy nim cztery eleganckie krzesła z wysokimi oparciami. Wyglądu całości dopełniały ściany pokryte wzorzystą tapetą z widocznymi pustymi miejscami po obrazach oraz ciemnozielone kotary przy oknach i olbrzymi barwny dywan rozłożony na dębowej podłodze. To co zobaczyła było prawie w jej guście. Lubiła mieszkania przestronne, ciekawie umeblowane, pachnące delikatnie pastą do podłogi w których każdy z domowników miał dla siebie niekrępujące miejsce do wypoczynku i pracy. Najbardziej ją zaskoczyło, a czego nie posiadał jej salon we Lwowie, to półokrągły wykusz połączony z salonem rozsuwanymi drzwiami, wyposażony w wpasowaną pod oknem żardinierą, teraz niestety pełną zwiędniętych roślin. Stała też tam ładna sofa na której leżał kożuch i plecak Andrzeja, a w oczy rzucał się stojący nieopodal sofy stoliczek przykryty czymś, co równie dobrze mogło służyć jako dywan, na którym stał polifon[12]. To co zobaczyła tak się jej spodobało, że z wrażenia usiadła i przez chwilę jeszcze raz przenosiła wzrok z jednego miejsca pokoju na drugie – „ Jest bardzo ładnie. Musieli tutaj mieszkać bogaci i ważni ludzie” – pomyślała w duchu, po czym podniosła się i przez otwarte drzwi, weszła do hallu. Niedaleko schodów jej uwagę zwrócił telefon zawieszony na ścianie. Z ciekawości wzięła do ręki słuchawkę chcąc się przekonać czy jest sygnał – „nie działa” – mruknęła i poszła na górę. Tam też był hall, lecz o wiele mniejszy. Gdy otworzyła środkowe drzwi od razu trafiła na sypialnię urządzoną równie gustownie, co salon na dole. Zaciekawiona weszła do środka i nie namyślając się długo, zadowolona, z rozpostartymi szeroko rękoma rzuciła się na stojące na środku łoże z wezgłowiem skierowanym do ściany. – „Ale fajne, wreszcie wygodnie się wyśpimy” – szepnęła do siebie, zamykając oczy i uśmiechając się pod nosem. Po chwili wstała, podeszła do komody i po odsunięciu szuflady ku swojej radości zobaczyła, czyściutką, wymaglowaną, równiutko ułożoną pościel. Szperając dalej, znalazła ręczniki, a w stojącej obok szafie sporo damskiej i męskiej bielizny. – „Jacyś grubi ludzie tu mieszkali” – pomyślała, po czym wyjęła komplet pościeli z myślą, że Andrzej oblecze kołdrę i poduszki. Obok położyła ręczniki i wyszła do hallu, żeby poszukać łazienki. Łazienka wraz z ubikacją, już nie tak elegancka jak reszta mieszkania, znajdowała się tuż przy schodach. Zaciekawiona zajrzała do środka, a widząc wannę z prysznicem zamknęła drzwi i zadowolona zeszła na dół.

                – I co? Jak jest na górze? – Andrzej zapytał stojąc blisko okna z tuszonką w ręce. Drugą ręką uniósł koronkowe zasłonki i wyjrzał na ogród, lecz nie zauważył nic co mogłoby zwrócić jego uwagę. Bowiem od chwili kiedy stali na moście ciągle nie opuszczało go uczucie, że ktoś ich obserwuje. Na wszelki wypadek szczelnie zasłonił okno, wrócił do stołu, z kieszeni wyjął klucz do otwierania konserw i czekając co odpowie Janka zabrał się za otwieranie puszki z tuszonką.

                – Fajnie na górze, jest łazienka i sypialnia z łożem małżeńskim, tylko nas tam brakuje. Tak mi pachnie łóżko, że nawet sobie nie wyobrażasz – westchnęła przyglądając się temu co robił.

                – Mnie też pachnie. Zaraz je wypróbujemy, prawda? – zaśmiał się dając dwuznacznie do zrozumienia o co mu chodzi – Ale póki co, zjemy kolację. Może też być deser, podejdź i zobacz jak apetycznie wyglądają – odsłonił okno za którym widać było gruszę obwieszoną owocami – są też śliwki, tam dalej… 

                – Ani mi się waż! – przerwała mu w pół zdania rozumując, że gotów jest iść żeby je zerwać. – Zabraniam ci wychylić nawet nos i nie sądzę żeby były już dojrzałe. Zjemy co mamy, a potem pójdziesz się wykąpać i lulu, bo już ciemno się robi.

                – Jesteś ponad miarę przezorna w dodatku apodyktyczna – bronił się byle tylko nie czuć się zdominowanym – W takim razie, kiedy będę się kąpał, wypruj z kożucha wszystkie nasze skarby, bo postanowiłem go sprzedać – dodał nie pytając o jej zdanie. Bez słowa usiedli za stołem, Janka zwyczajowo przeżegnała się i zaczęli jeść. Gdy Andrzej skończył gotowy do pójścia dla przyzwoitości cierpliwie czekał aż przełknie ostatni kęs. Dopiero wówczas zapytał; – Trafię?

                – Przecież nie jesteśmy w hotelu George[13] żebyś mógł zabłądzić – zaczepnie odpowiedziała niezadowolona, że sam podjął decyzje o sprzedaży kożucha.  

                -  Niewiele mi to mówi, bo nie pamiętam żeby w Tarnopolu był taki hotel.

                – Miałam Andrzejku na myśli Lwów. Jest hotel o tej nazwie we Lwowie, zatrzymywały się w nim takie znakomitości jak; Piłsudski, Paderewski, Kiepura chyba również Balzak. Słyszałeś o nim? A zresztą, nie ma o czym mówić. Jutro może czekać nas ciężki dzień, więc idź już, bo nie zdążysz się wyspać. Drzwi od sypialni zostawiłam uchylone, więc trafisz – wzruszyła ramionami

                -  A ty?

                -  Przecież dałeś mi pracę.

                -  Będę czekał – nie mając zamiaru zmienić decyzji westchnął  i na odchodne czując, że mógł ją tym dotknąć, przymilnie cmoknął Jankę w policzek.

Kiedy znalazł się w sypialni prześcielił łóżko, wziął ręcznik i poszedł do łazienki. Łazienka sprawiała raczej ponure wrażenie. Była długa i wąska z małym oknem wychodzącym na wprost wejścia do willi. Mniej więcej w środku, przy ścianie, na krótkich nóżkach stała żeliwna wanna z widocznym osadem kamienia, a nad nią wisiał przymocowany do ściany prysznic. Janusz odkręcił kran z ciepłą wodą, marząc, że taka poleci. Jednak poleciała zimna, ale tym się nie przejął. Gdy na jego ciało popłynął lodowaty strumień wody, zadziwiony patrzył, jak dosłownie w oczach kurczą mu się klejnoty. Z każdą chwilą stawały się mniejsze i mniejsze. – Jeszcze trochę postoję i niczym nie będę różnił się od dziewczyny – zaskoczony powiedział do siebie. – U zwierząt, pod wpływem strachu, też tak się dzieje. Szkoda tylko, że nos się nie kurczy – próbując zmyć bród mruczał podchodząc do tego z humorem i po chwili wymyty wyskoczył spod prysznica. Szybko wytarł ciało, goły ruszył biegiem do sypialni i zadowolony wskoczył do łóżka. Przykryty po czubek nosa przez chwilę leżał nieruchomo i czuł jak znika mu gęsia skórka, a w zamian następuje erekcja. Gdy tak leżał z zamkniętymi oczami, powoli jawa stawała się snem, a sen jawą z wolna biorąc górę nad doczesnymi marzeniami i z twarzą zwróconą w stronę drzwi odleciał w objęcia Morfeusza.  

Kiedy on szykował się do snu, Janka siedząc na sofie pod oknem wypruwała biżuterię, złote i srebrne monety oraz amerykańskie dolary ze specjalnie wszytej zakładki w obramowanie kożucha. Wszystko układała obok polifonu. Były tam też jej ulubione kolczyki, które dostała od mamy z okazji osiemnastych urodzin. Włożyła je do uszu i podeszła do lustra. Będąc jeszcze dzieckiem mówiła do mamy, że jak urosną jej dziurki w uszach, pożyczy je od niej, aby troszkę ponosić. A że robiło się coraz ciemniej z powrotem usiadła przy stoliku i pośpiesznie segregowała leżące w nieładzie dobro. – Ciekawe, ile jest warte to wszystko – zastanawiała się ważąc w dłoni srebrne amerykańskie dolary. Na koniec do jednej kieszeni włożyła biżuterię, do drugiej monety i trzymając w ręku zwinięte w rulonik banknoty, poszła na górę. Gdy cichutko otworzyła drzwi do sypialni, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu zobaczyła, że Andrzej śpi jak suseł, a jego miarowy i głęboki oddech co do tego nie pozostawiał złudzeń. Chcąc mieć stuprocentową pewność, podeszła do łóżka, nachyliła się nad nim, delikatnie połaskotała go po twarzy swoimi włosami i kilkakrotnie chrząknęła. Nie widząc żadnej reakcji, przywołała w myślach powiedzenie: „z dużej chmury mały deszcz” i z nadzieją na słodki ranek pocałowała go w czoło. Po czym to co miała w kieszeni położyła na stoliku, rozebrała się i z ręcznikiem na ramieniu poszła do łazienki. Tam stanęła przed lustrem. Biodra proporcjonalnie do ramion, wąska talia, średniej wielkości krągłe i jędrne piersi mieszczące się w dłoniach dorosłego mężczyzny oraz długie, proste i w miarę szczupłe nogi stanowiły o jej rzeczywistej atrakcyjności. Była tak bardzo kobieca, że wcale nie musiała podkreślać swojej seksualności. Jedyne co ją denerwowało, to piegi na twarzy. Z początku, kiedy jeszcze była podlotkiem, próbowała je zliczyć, ale doszła do wniosku, że jest to bez sensu i dała sobie spokój.  Ustawiając się do lustra, raz lewym, a raz prawym profilem, powoli okręcała się na pięcie z zaciekawieniem przyglądając się brzuchowi, ale żadnych zmian w sylwetce nie zauważyła – Może zrobiłam przedwczesny alarm? – rozczarowana, próbowała wypchnąć brzuch – Więc dlaczego nie mam miesiączki? Ale i tak coś się ze mną dzieje, bo jakoś dziwnie czuję się na dole. No i to niezrozumiałe uczulenie na zapachy – przejęta, przypomniała sobie o prześladującym ją na lorze duszącym, krowim zapach. – Fuj, obrzydliwość! – i o mało nie zwymiotowała – Szkoda, że wcześniej na te tematy nigdy z mamą nie rozmawiałam. A zresztą, co będzie, to będzie” – z tym przekonaniem weszła pod prysznic. Później, już odświeżona, owinięta w ręcznik, poszła do sypialni. Szybko wśliznęła się pod kołdrę i jak kotka przytuliła się do Andrzeja.

W ich położeniu świadomość narodzin dziecka stała się dla niej dodatkowym impulsem  do osiągnięcia postawionego sobie wcześniej celu jakim miało być dotarcie do Paryża. Paryż w jej wyobrażeniu był magicznym miastem, przesyconym romantyzmem i tajemniczością. Z prowadzonych w jej obecności opowiadań mamy na babskich herbatkach, wyłaniały się trzy jego obrazy. Pierwszy, jako miasto pełne wszelkiej maści artystów wśród których prym wiedli malarze. Drugi, to panująca swoboda obyczajów i jednocześnie światowe miejsce elegancji. Tam kreowane były nowe trendy w modzie, a także chodziło się do kabaretów, gdzie występowały roznegliżowane tancerki i tańczono kankana. Trzeci obraz miasta wiązał się z jego symbolami świadczącymi o bogatej i urozmaiconej historii. Do najważniejszych należały; dzielnica łacińska, wieża Eiffla, katedra Notre-Dame i Luwr. W głębi duszy bardzo chciała to wszystko zobaczyć żeby zakosztować estetycznych i emocjonalnych doznań, by później móc je skonfrontować z zasłyszanymi opowieściami. Tym bardziej, że dość już miała partyzantki, ciągłej niepewności jutra i obawy o życie. Także dość miała wszechobecnego terroru, represji, donosicielstwa i lasów, w których w ostatnim czasie przymuszona była ukrywać się wraz z Andrzejem, przez co straciła kontakt z matką i ciotką.

Rano przebudziły Jankę padające na twarz pierwsze promienie słońca. Zrelaksowana mocnym i zdrowym snem, czując ciepło ciała Andrzeja ułożyła się do niego bokiem i położyła mu nogę na udzie tak, aby poczuł, że dotyka go całą sobą. Na efekt długo nie czekała. Więc już nie tylko nogę, ale cała wygodnie ułożyła na nim. Tracąc powoli panowanie nad tym, co się dzieje, doznała nagle uczucia, jakby z rozgwieżdżonego nad nią nieba zaczynały spadać roje gwiazd i czując pełną rozkosz, bezwładnie osunęła się na niego.

                – Miałem, Janciu, dziwny sen – Andrzej odezwał się po chwili, tuląc ją do siebie oszołomiony tym co niespodziewanie się stało, a na co, tak bardzo czekał wieczorem. – Dręczyło mnie, że coś nadchodzi i coś się stanie. Lecz nie mam pojęcia, czy będzie to coś złego czy nie. Bo gdy już, już prawie widziałem, co się stanie, nieoczekiwanie obraz zmieniał się na inny. I tak było chyba dwa razy. Mam nieodparte wrażenie, że jednak coś się spełni, coś wielkiego i ważnego. Ale co, to chyba jeden Bóg raczy wiedzieć…

                – Wierzysz w sny? – dochodząc do siebie zapytała głosem pełnym troski i zamyślona nie czekając co odpowie, mówiła dalej; – Powiem ci, że ja też miałam jakiś dziwny sen. Pamiętam tylko, że mocno trzymałam za rękę naszą córeczkę i rozglądałyśmy się za tobą, ale ciebie nigdzie nie było…

                – Córeczkę? Dlaczego akurat córeczkę? Jak miała na imię?

                – Nie wiem.

                – To ja ci powiem; na imię będzie miała Zosia.

                – Nie mam nic przeciw temu, niech będzie Zosia.

                – I co dalej?

                -  Dalej? Najgorsze, że nie pamiętam co było dalej.

                – Hym…, trochę to dziwne, nie uważasz? Zrobiłaś, o co wczoraj prosiłem? – zapytał wracając myślami do rzeczywistości.

                – Tak, wszystko leży na stoliku. Nawet nie zauważyłeś kolczyków w moich uszach. Dostałam je od mamy na osiemnaste urodziny – dodała z wyrzutem.

                – Rzeczywiście nie zauważyłem. Ładnie ci w nich. – przyznał ze skruchą, opuszczając nogi z łóżka. –  Ścigamy się kto pierwszy będzie pod prysznicem?

                – Za bardzo mi się nie chce, ale jeżeli nalegasz… – błyskawicznie zarzuciła na niego pierzynę  dzięki czemu pierwsza wyskoczyła z łóżka.

                -  To nieuczciwe! – krzyknął i pobiegł za nią. Bez ceregieli weszli do wanny, Andrzej odkręcił kran. Nie przejmując się zimnem podstawili ciała pod cienkie strumyki lodowatej wody. Tak jak w Tarnopolu przytulił się do pleców Janki i nucąc wymyślony na poczekaniu rym; „nad swym losem ubolewam, zimną wodą się polewam, a harcerka wejść nie chciała, bo rozkazu nie słuchała” w rytm piosenki „Czerwona róża” jasno dawał do zrozumienia o co mu chodzi. Jane-czko…?

                – Niee, nie, nic z tego nie będzie. – zgadując jego myśli, weszła mu w słowo.

                – Ty naprawdę nie czujesz, co zaczyna się z tobą dziać?

                – Myślisz, że ze mną? Wyobraź sobie, że jeżeli coś się ze mną dzieje to z zimna, a nie z podniecenia i czuła, że poczyna sobie coraz śmielej – w pamięci stanął jej obraz nocy spędzonej razem w mieszkaniu rodziców Andrzeja. Na samo wspomnienie tamtej chwili pod sercem zrobiło się jej gorąco, lecz stojąc teraz pod strumieniem zimnej wody nie bardzo jej się to podobało – Jest mi zimno, chcę wyjść – odezwała się, aby ostudzić jego zapał.

                – Janeczko, może tak  raz, dwa, trzy…, prooszęę… – mówił niemal błagalnym głosem.

                – Nic z tego, mój drogi. Nie jestem zwierzątkiem żeby tak „raz, dwa, trzy”… – to mówiąc, wyskoczyła spod prysznica, złapała wiszący z boku ręcznik i pobiegła do sypialni, żeby się ubrać.

                – No to…, co ja teraz zrobię?! – zrozpaczony patrząc na sterczące przyrodzenie krzyknął za nią.

                – Nie przejmuj się. Minutkę jeszcze postoisz pod prysznicem i na pewno ci przejdzie – z uśmiechem odpowiedziała.

                – „Że też kobiety nie potrafią zrozumieć mężczyzn” – zrezygnowany westchnął i po dłuższej chwili wyszedł spod prysznica. Już wytarty przepasał się ręcznikiem wokół bioder i naburmuszony poszedł do pokoju. Tam bez słowa się ubrał, ze stolika  zgarnął wszystkie skarby jakie leżały i ruszył w stronę drzwi.

                -  Gniewasz się na mnie? 

                -  Nie – odburknął.

                -  No to mnie pocałuj.

                -  Niby za co?

                – chociażby za to, że mnie masz – rad nie rad zawrócił – tak mnie całujesz? Może włożyłbyś w to więcej uczucia?

                – Uczucia? Ależ proszę bardzo – nachylił się w stronę jej szyi udając, że chce ją pogryźć. Gdy ze śmiechem zaczęła się wyrywać, mocno ją przytulił i pocałował jak tego sobie życzyła – teraz lepiej? – Janka się odwzajemniła.

                – Nie można Janeczko tak postępować z mężczyznami. Na drugi raz pamiętaj o tym – jeszcze raz ją cmoknął i skierował się do drzwi, a Janka nie bardzo wiedząc o co chodzi, mimo że nie czuła się winna, zrobiło się jej jakoś głupio i zabrała się za rozczesywanie włosów.

 Na dole, pierwsze co Andrzej zrobił, to zaczął majstrować przy oficerkach. Mimo, że było lato celowo je wziął na podróż, ponieważ przy przenoszeniu ważnych dokumentów niekiedy używał ich jako skrytki. W tym celu w butach zostały przygotowane schowki przez wysokiej klasy fachowca, jakim był szewc mający swego czasu w Tarnopolu sklepik z używanymi butami przy ulicy Sokoła. Cztery z nich ulokowane zostały w spodach butów i jeszcze dwa w cholewach. Jeśli chodzi o te w spodach, to w jednym bucie jeden schowek znajdował się w obcasie, a drugi w podeszwie i analogicznie tak samo było w drugim bucie. Były na tyle pojemne, że mogły pomieścić prawie tyle drobnych przedmiotów, ile zmieściło się w dwóch męskich dłoniach. Natomiast w cholewach, w prawym bucie schowek był przystosowany do ukrycia papierów, a lewy but posiadł sprytnie zamaskowaną kieszeń w której mieścił się niedużych rozmiarów pistolet i było miejsce na nóż szturmowy. Podważając specjalne zrobione haczyki w jednym, a następnie w drugim bucie usunął zabezpieczenia. Następnie zdjął spodnią część podeszwy i fleki, odsłaniając skrytki w których starannie poukładał precjoza. Zmieścił wszystko poza papierowymi dolarami, bo te ukrył w schowku lewego buta. Kilkanaście z nich w drobnych nominałach zostawił do wydania i schował je do kieszeni. Po czym na powrót buty doprowadził do pierwotnego stanu. Gdy skończył, oficerki włożył na nogi, do środka wpuścił nogawki, następnie wyszedł do hallu i krzyknął; Janciu, co z tobą, jestem gotowy do wyjścia, długo jeszcze ci zajmie?             

                – Daj mi małą chwilkę, a przez ten czas mógłbyś zrobić nam coś do zjedzenia.

                – Zapewne tak już będzie zawsze – westchnął idąc do kuchni.

Zajęty przygotowaniem śniadania, gdy skończył, przypadkiem spojrzał w okno i aż się cofnął. Niedaleko furtki stało trzech uzbrojonych mężczyzn z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Przejęty ich widokiem gorączkowo myślał co powinien zrobić w takiej sytuacji i nawet nie zauważył, że Janka zeszła na dół. Była bardzo ciekawa, jakie wywoła na nim wrażenie, więc stała nieruchomo w drzwiach, cierpliwie czekając na moment, w którym ją zobaczy. Kiedy się odwrócił, patrząc na nią niemal zaniemówił;

                – Jak ty ładnie wyglądasz. Dawno tak ubranej ciebie nie widziałem.

                – Wiesz…. – powiedziała, strojąc miny – umówiłam się z kochanym chłopakiem więc się nie dziw. Może dzięki temu jeszcze bardziej będę mu się podobała. – po czym podeszła i go pocałowała – i co teraz powiesz? – wolno obracała się na pięcie. Ładna jestem?

                 – Martwię się, czy nie za ładna –  mruknął pod nosem.

                – Jest przecież lato, – rozczarowana patrzyła mu głęboko w oczy, a on przytulił ją do siebie i pocałował w policzek – W ostatnich kilku tygodniach nazbierało się we mnie tyle napięcia i emocji, że postanowiłam odreagować i ubrałam się trochę inaczej niż zawsze, ale jak chcesz, to się przebiorę.

                – We wszystkim jest ci do twarzy, a najlepiej podobasz mi się bez ubrania. Tak, tak, moja droga, nie będę tego ukrywał – jeszcze dodał puszczając do niej oko i podniósł palec do ust  –  teraz popatrz w okno, ale bądź ostrożna.

                – O, matko! I nic nie mówisz?

                – Co mam mówić? To chyba straż obywatelska. Zapewne nie mają zielonego pojęcia, że tutaj jesteśmy. A że są, traktuję ich obecność jak sygnał, że doba hotelowa dobiegła końca. Gdybyśmy chcieli dłużej zostać, prawdopodobnie musielibyśmy za nocleg zapłacić – uśmiechnął się – Jeszcze a propos zapłaty, wystarczy ci dziesięć dolarów na zakupy? – zmienił temat nie przejmując się już mężczyznami stojącymi na ulicy.

                – Nie wiem.

                – Przeznaczyłem je do wydania, proszę weź…

                                                                                              *

Po śniadaniu, dla porządku posprzątali po sobie, po czym skrzętnie spakowali rzeczy dodatkowo uzupełniając je o dwa ładne, czyściutkie ręczniki zabrane z komody w sypialni. Andrzej wyszedł pierwszy żeby rozejrzeć się czy nikogo nie ma. Po chwili za nim wyszła Janka i pełni emocji pocałowali się na szczęście. Na wszelki wypadek Janka jeszcze się przeżegnała i ze słowami „W imię Ojca i Syna i Ducha świętego” ruszyli w dalszą drogę.

Pomimo, że ulica miała charakter ruchliwej, wokoło panowała niczym nie zmącona cisza. Jedyne co zauważył, to daleko przed nimi mignął ktoś, jadący na rowerze. Jeszcze jakiś czas w milczeniu szli obok siebie. Ona z ledwo widocznym uśmiechem na twarzy usiłowała zgadnąć w myślach, jak daleko może być do zapowiedzianego trzeciego mostu, a w Andrzeju na nowo odżyły przegadane wcześniej sprawy z „Majorem” i zastanawiał się, czy jednak nie powinien powiedzieć Jance o losie matki i ciotki. Od jakiegoś czasu ciążyło mu poczucie, że zawsze jest krok przed niebezpieczeństwem i że na nic nie ma czasu. Czuł się z tym bardzo osamotniony jak mały lisek w wielkim lesie i dla uwolnienia się od myśli wolną ręką przyciągnął ją do siebie. Nie broniła się, więc się nachylił i cmoknął ją w policzek. Już był zdecydowany żeby jednak powiedzieć o matce, kiedy ciszę nieoczekiwanie zakłócił narastający z każdą chwilą szum motoru. Po chwili zobaczyli jadący z naprzeciwka samochód pełen sowieckich żołnierzy. Kiedy się z nimi zrównał, a żołnierze zobaczyli Jankę, zaczęli gwizdać i pięściami walić w kabinę. Widząc, że samochód zwalnia, Andrzej przestraszony sytuacją złapał Jankę za rękę i pospiesznie skręcili na dziedziniec najbliższego domu. Na szczęście furtka prowadząca do następnej posesji była otwarta, więc natychmiast z tego skorzystali. Biegnąc dalej, minęli kolejną willę i dopiero zatrzymali się na małej uliczce, za załomem niedużego budynku.

                – Niewesoło by było, gdyby nas dopadli – trochę zły, powiedział przerywanym ze zmęczenia głosem i dla złapania oddechu zaproponował żeby usiedli na krawężniku.

                – A może niepotrzebnie uciekaliśmy? – odezwała się, jak już uspokoił się jej oddech.

                – Niepotrzebnie? Czy ona naprawdę wierzy w to co mówi? – Andrzej przenikliwie spojrzał na Jankę –  Być może masz rację, jednak co byś o tym Janeczko nie myślała za wszelką cenę musimy unikać kontaktów z ruskimi. – skrzywił usta i aż się wzdrygnął wyobrażając sobie co mogłoby Jankę czekać, gdyby sołdaci ich dopadli – Proponuję żebyśmy chwilkę posiedzieli, a później wrócimy tą samą drogą – dodał nie chcąc już więcej na ten temat mówić – cholera, muszę jednak koniecznie mieć coś konkretnego do obrony, chociażby na wypadek napaści – pomyślał jeszcze, po czym dziękując w duchu Bogu że spotkanie z sowietami skończyło się bez konsekwencji głęboko westchnął – To miasto jest zupełnie wymarłe. Gdyby nie sołdaci i tych trzech z karabinami przed domem można by powiedzieć, że tutaj nikt nie mieszka. Jesteś Janeczko podobnego zdania?

- Chyba nie masz racji Andrzejku. Popatrz tam… – Janka wskazała ręką na żywo gestykulującą grupkę ludzi, stojących za ogrodzeniem niewysokiego domu, po drugiej stronie uliczki – Lepiej może chodźmy, co?

                -  Święta racja, nie ma co kusić losu. – nie zwlekając, na ramię zarzucił plecak, pomógł Jance wstać i z walizkami w rękach, tak jak mówił, z powrotem poszli tą samą drogą, którą przed chwilą uciekali.

Na następnym skrzyżowaniu Janka sylabizując zaczęła czytać napis umieszczony na tabliczce z nazwą ulicy:

                – Wilhelm…sru…her Stras…se. Oooo i druga: Frankenbergenstrasse – dalej czytała – a tam…, zobacz, widać most – niemal krzyknęła uradowana – to chyba ten o którym wczoraj mówili nam mężczyźni, którzy naprawiali motor. Pamiętasz? Nie widzisz mostu? Jest za zakrętem. Podejdź do mnie, to zobaczysz. Ale popatrz też tutaj. Widzisz? – wskazała palcem na stojący w głębi posesji okazały budynek, po lewej stronie ulicy.

                – Most rzeczywiście widzę.

                – A kościółek? – zapytała lekko zniecierpliwiona – widzisz, czy nie?

                – Krzyż tak, ale kościoła nie widzę. Chyba, że masz na myśli ten pałacyk po drugiej stronie – wskazał palcem. CDN…………….

 

 

 

 

 


[1] ulicą

 

[2] Nie żartuj

 

[3] W lewo

 

[4] pójdziemy

 

[5] przemądrzały

 

[6] rozmawiasz

 

[7] ręki

 

[8] Polski pistolet samopowtarzalny wz.35 konstrukcji Piotra Winiewicza i Jana Skrzypińskiego

 

[9] „Ostatni mazur”- pieśń patriotyczna napisana przez Ludwika Ksawerego Łubieńskiego (1839-1893) – w cytowanym tekście są przywołane jedynie urywki pieśni.

 

[10] Obecnie Aleja Jana Kochanowskiego

 

[11] Obecnie ulica Marcelego Haldesmana

 

[12] Patefon

 

[13] Hotel w centrum Lwowa zbudowany w 1901 roku

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>