Niepublikowana powieść w odcinkach…

Powieść

ROZDZIAŁ II – ON

i otagowano jako , , , , .

(Powieść nie przeszła korekty redakcyjnej, więc proszę o wyrozumiałość. Co zaś do dialogów, losów bohaterów, jak również sytuacji w których się znaleźli, powstały one w mojej wyobraźni i nawet gdyby znalazły się ku temu przesłanki, proszę ich nie wiązać z ewentualnymi odpowiednikami w rzeczywistości.)

 

 

   Rozdział II  ON -

 

Na konferencji w Poczdamie (17 lipca – 2 sierpnia 1945 roku) w pałacu Cecilienhof[1]  , przywódcy Wielkiej Trójki podpisali traktaty pokojowe ustalające powojenny porządek polityczny w Europie. Polsce wyznaczono nowe granice, przedyskutowane w Teheranie jeszcze  w 1943 r. W efekcie, terytorium kraju zmniejszyło się o 78 tys. km²(!).

Siłą rzeczy nastąpił exodus milionów ludzi, którzy z dnia na dzień zostali przymusowo deportowani ze swych małych ojczyzn. Skazani na poniewierkę i wyrwani z korzeniami z ojcowizny jechali w nieznane z wątłą nadzieją na lepsze jutro. Część przyjechała do Wrocławia, a przede wszystkim na Dolny Śląsk. Między nimi znaleźli się zakonspirowani działacze AK szukający tam schronienia. Wielu z nich podejmowało walkę z komunistami w ramach zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” (WiN). Po części właśnie tym ludziom i ich dzieciom zawdzięczamy dzisiejszy charakter Wrocławia i jego klimat.

 

 

   odc. 1.

 

Po zakończeniu wojny, dla ludzi nie akceptujących porozumień jałtańskich, w części związanej z interesem narodowym Rzeczypospolitej Polskiej, rozpoczął się czas stawiania czoła następstwom wygranej wojny. Mając w pamięci coraz więcej faktów świadczących o słabości, a nawet wręcz o braku kompetencji szefów Organizacji, gdzie poza akcją „Burza” przysłowiową kropką nad „i” stała się klęska Powstania Warszawskiego, w efekcie czego bez sensu zginęły dziesiątki tysięcy ludzi i zniknęło z powierzchni ponad milionowe miasto, Janusz po siedmiu miesiącach pobytu w Warszawie zdecydował się na przyjazd do Wrocławia, aby tam wyszukać sobie spokojne miejsce do życia. Do pociągu odprowadził go Maciek – przyjaciel z lat szkolnych i partyzantki posługujący się w czasie wojny pseudonimem „Piorun”. W kwestii pryncypiów między nimi nie było różnic. Natomiast coraz częściej zdawała się narastać rozbieżność, co do zachowania się w obecnej sytuacji.Niezaprzeczalnie wpływ na to miała panująca po zakończeniu wojny psychologia ostrej walki o władze, toczącej się w całym kraju. Według myślenia Janusza dalsze ich zachowanie, hołdujące odpłacaniem pięknym za nadobne, było podobne do obrony przed śmiertelnym ukąszeniem żmii poprzez odciąganie jej za ogon. Lecz mając na względzie długoletnią przyjaźń postanowił przed „Piorunem” tego nie ukrywać. Tym bardziej, że tryby rozkręconej przez sowieckich komunistów maszyny propagandy i represji, której głównym motorem napędowym stała się rodzima, bolszewicka lewica i ludzie wyzuci z wszelkich zasad człowieczeństwa, gotowi bezwzględnie podporządkować się interesom władzy w zamian… właśnie, w zamian za co? Karierę? Wygodne życie? Wszechwładzę nad innymi? Czy też kierował nimi prymitywny odruch sadyzmu..? Chyba było w nich wszystkiego po trochę, bo ich działania łudząco podobne do taktyki Hitlera i Stalina przynosiły coraz większe efekty i determinowały podziemie niepodległościowe do głębokiego zastanowienia się nad nową formą prowadzenia dalszej walki o wolną i niepodległą Polskę. On już nie chciał brać w niej czynnego udziału.

Przy Maćka pomocy i skutecznej szarpaninie z typem idealnie pasującym z wyglądu do szabrownika zdołał wywalczyć dla siebie miejsce w przedziale. Gdy pociąg ruszył w podziękowaniu pomachał Maćkowi na odjezdne. Co prawda komfortu nie miał, bo zamiast ośmiu osób w przedziale siedziało dwanaście ściśniętych jak śledzie, ale zawsze było to lepsze niż stanie w korytarzu. – Piętnaście godzin stania! – przesuwał wzrok po twarzach siedzących i na samą myśl, że tak mogło być, aż się wzdrygnął.

          – Niewygodnie panu?

          – Mnie? Ależ, wygodnie, bo siedzę przy pani – uśmiechnął się przyjaźnie. Była brunetką mniej więcej w jego wieku i na pierwszy rzut oka również w jego typie. Zanim się odezwała siedziała cicha, spokojna i patrzyła z widocznym zainteresowaniem, na ludzi machających im na pożegnanie.

          – Daleko pani jedzie?

          – A pan?

          – Ja, do Wrocławia

          – A ja do Częstochowy.

          – Przed wojną byłem w Częstochowie, na Jasnej Górze. Przyzna pani, że to miejsce wyjątkowej rangi? Mówi się, że tam bije serce naszego narodu – zdziwiony, że nie podjęła rozmowy dla zabicia czasu szukał w myślach innego tematu.

          – Ma pan rację – po chwili przerwała milczenie – Jasna Góra[2] od dawna zajmuje wyjątkowe miejsce w naszej historii. Kiedy wracam z podróży zawsze pierwsze kroki kieruję do sanktuarium Matki Boskiej. Modlitwa tam to dla mnie taki duchowy pokarm, który dodaje mi siły.   

          – Hym, taaak… – zastanawiał się co odpowiedzieć – rzeczywiście wiara jest niezbędna dla duszy. Czytałem gdzieś, ale już nie pamiętam gdzie, że bez wiary potykamy się o źdźbło trawy, a z wiarą przenosimy góry.

          – No właśnie. Ładnie powiedziane – odpowiedziała z zamkniętymi oczami dając tym znać, że nie jest skłonna kontynuować rozmowę, więc dał za wygraną. Bez większego zainteresowania przez chwilę patrzył jeszcze na przesuwające się za oknem widoki pól i poletek. Jedne były żółtego inne zielonego, a jeszcze inne czerwonego koloru. Natomiast kiedy przejeżdżali obok spalonych lub opuszczonych wiosek, maszynista miał zwyczaj pociągania za parowy gwizdek. A że z trudem można było z za brudnej szyby rozróżnić szczegóły przesuwających się obrazów, biorąc przykład z kobiety, też zamknął oczy i wsłuchując się w miarowy, rytmiczny stukot kół oddał się własnym myślom.  

Dniało już kiedy dojechali do Częstochowy. Wjazdowi na stację towarzyszył pisk i zgrzyt kół. Janusz wyrwany z płytkiej drzemki uniósł głowę, otworzył oczy i na wpół zdrętwiały przez kilka chwil usiłował zorientować się co takiego się stało.  

          – Pomoże pan?  - nieoczekiwanie usłyszał nad głową głos współpasażerki

          – Aaa…, tak, tak oczywiście że pomogę – ostrożnie podniósł się, przekładając cały ciężar ciała na mniej zdrętwiałą nogę. Z półki zdjął walizkę i sporych rozmiarów wskazany tobołek – Ciężko będzie pani przecisnąć się z tym do wyjścia – wskazał oczami na bagaże i ludzi stłoczonych na korytarzu wagonu – a o wiele łatwiej gdy podam je przez okno. Co pani na to? Więc? Decyduje się pani?

          – Tak, to dobry pomysł, nie mam nic przeciw, dziękuję – na pożegnanie  uścisnęła mu rękę. Rozpychając się z całych sił z szeroko rozstawionymi łokciami i zaciśniętymi pięściami  próbowała przepchnąć się z przedziału na korytarz, lecz ścisk był taki duży, że nie była w stanie zrobić kroku. Oceniając sytuację zdała sobie sprawę, że jest mało prawdopodobne by mogła szybko przecisnąć się do wyjścia. Zdenerwowana odczekała chwilę i jeszcze raz zbierając wszystkie siły ponowiła próbę, lecz jedyny skutek był taki, że zrobiło się jej słabo. – Boże, ja nie zdążę wysiąść! – szukając oczami pomocy szepnęła w bezsilnej złości.

          – Okno, proszę pani, pozostaje tylko okno – w sukurs przyszedł jej Janusz – najpierw wysadzę panią, a później podam bagaże. Myślę, że na tę chwilę to jedyne dobre wyjście z sytuacji.

          – Jak to? Mam wyjść przez okno?

          – Wyjść? Wyjść nie, ja panią wysadzę. – zaśmiał się – Pomoże pan? – Zwrócił się do mężczyzny siedzącego naprzeciwko, a tamten usłużnie skinął głową – W takim razie proszę się zdecydować, bo lada moment pociąg może ruszyć i co wtedy pani zrobi?

          – Boże, ale jak chce pan to zrobić?

          – Najlepiej jak potrafię, proszę jedynie nie opierać się, żeby pani przypadkiem przez to nie zrobiła sobie krzywdy i wszystko dobrze się skończy – Janusz opuścił szybę, następnie razem z mężczyzną wcześniej deklarującym pomoc chwycili kobietę pod pachy, podnieśli do góry i przytrzymując za ramiona za oknem opuścili na peron.

          – Bardzo dziękuję, dziękuję bardzo. Jak ja się panu odwdzięczę – oszołomiona mówiła biorąc z jego rąk walizkę i tobołek.

          – Nie ma za co, proszę jedynie zmówić za mnie jedną zdrowaśkę

          – Znaczy za kogo – zapytała zaciekawiona

          – Pan Bóg będzie wiedział – uśmiechnął się puszczając do niej oko – Gdzie panią szukać?

          – Na Jasnej Górze – odpowiedziała prowokacyjnie już uśmiechnięta i zadowolona.

          – Pytam, gdzie będę mógł panią spotkać po modlitwie za moje zdrowie – jeszcze zdążył zapytać zanim zawiadowca podniósł zielony lizak dając nim znak do odjazdu.

          – Mieszkam na Krakowskiej niedaleko myta! – doleciały do niego słowa zagłuszane przez lokomotywę ruszającą w kłębach pary, więc zamknął okno, a miejsce w przedziale zajął po niej gruby jegomość przez co zrobiło się ciaśniej i jeszcze mniej wygodnie.

 

*

Gdy po kilkunastu godzinach podróży pociąg wreszcie wjechał na dworzec we Wrocławiu, zmęczenie gdzieś odeszło i Janusz poczuł wyraźny przypływ podniecenia. Nie znał miasta, nie miał też określonego celu poza chęcią zamieszkania, ani prawdziwego dokumentu uprawniającego go do przyjazdu i pobytu w mieście z wyjątkiem sfabrykowanej karty przesiedleńca i na użytek milicji podrobionej przepustki wydanej przez Ministerstwo Oświaty delegującej go na dwa tygodnie w podróż służbową. Jedyne co wiedział o mieście to, że przed wojną Wrocław uchodził za mekkę nazizmu a także to, że za Fryderyka II Wielkiego Hohenzollerna został ogłoszony miastem królewskim Prus[3], a teraz stał się rajem dla szabrowników.   

Co chwilę potrącany przez mijających go w pośpiechu współpodróżnych z zaciekawieniem rozglądając się wokoło szedł do wyjścia wolnym krokiem z niedbale przerzuconym przez ramię plecakiem w większości wypchanym wspomnieniami ostatnich lat wojny oraz paroma koszulami, swetrem, skarpetkami i majtkami na zmianę. Podobnych do niego „turystów” w otaczającym go tłumie nie było wielu. Przeważały za to grupy niebogato odziane, objuczone walizkami i tobołami, na pierwszy rzut oka tworzące malowniczą hordę przybyszów dla których przyjazd do miasta miał się okazać podróżą ich życia. Byli też inni. Mimo pełni lata ubrani w popelinowe płaszcze i kapelusze. Z aktówką pod pachą, lub torbą przewieszoną przez ramię mogli budzić zaufanie ale tylko u naiwnych. Wyróżniali się też tym, że mieli w portfelu dokumenty wydane i podpisane przez Hilarego Minca[4] lub Edwarda Osóbkę-Morawskiego[5]  w imię prawa upoważniające do takiego samego rabunku jaki był dziełem pospolitych szabrowników. Dla nich było to miejsce łowów. Ci ludzie, na polecenie swoich mocodawców i za przyzwoleniem lokalnej władzy, rabowali wszystko co mogło przedstawiać konkretną wartość. Najczęściej były to przedmioty historyczne. Wywozili także meble, pojazdy, maszyny i wszelkiego typu urządzenia techniczne.

Janusz niesiony falą popychającego go tłumu bez problemu znalazł się w niedużym holu, a stamtąd dotarł do drzwi prowadzących na zewnątrz dworca. Wiszący nad wyjściem duży zegar wskazywał południe. Był to dla niego sygnał, że do znalezienia noclegu zostało niewiele godzin. Zatrzymał się na szczycie schodów i zaciekawiony rozglądał się po okolicy. Nic specjalnego nie zwróciło jego uwagi poza tłumem współpasażerów wylewającym się na plac z czeluści dworca niczym brudna, wezbrana rzeka niosąca ze sobą wszystko co tylko mogła porwać. Wraz z odległością ten ludzki strumień dzielił się na coraz mniejsze odnogi i wpadając do napotkanych po drodze pustych koryt ulic znikał za najbliższym zakrętem. Jedyne co rzuciło mu się w oczy, to trzech jegomościów stojących mniej więcej na środku placu z biało-czerwonymi opaskami na rękawie. Jeden w wyciągniętej ręce trzymał tabliczkę z napisem: „Grupa Operacyjna Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów”, drugi stał z napisem: „Grupa Naukowo – Kulturalna”, a trzeci wystawił plakietkę: „Narodowy Bank Polski”. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie dołączyć do grupy naukowo-kulturalnej, lecz w czas się zorientował, że jest to najgłupszy pomysł jaki mógłby przyjść mu do głowy i zawierzając intuicji, zdecydował się iść w stronę widocznego z daleka placu[6]. Tam dołączył do kompanii  maruderów zamykających pochód przyjezdnych.

          – Pan też do PUR-u[7]?

          – Ja? Czy idę do PUR-u? Chodzi panu  o to,  czy idę do PUR-u? – powtórzył pytanie chcąc zyskać na czasie

          – No, a o co? Pewnie, że o to. Widziałem jak pan wysadzałeś w Częstochowie babkę przez okno – zaśmiał się.

          – Ciasno było. – odpowiedział na wszelki wypadek nie wiedząc czy to pochwala – A pan też do PUR-u?

          – Ja tak. Tamci też – wskazał głową na osoby idące przed nimi. Z początku myślałem żeś pan rządowy… – spojrzał na niego z uśmiechem – to swołocze, panie. Obywatelstwo ludowe zaprowadzają, głupki jedne – zaśmiał się – to u nas nie przejdzie, zobaczysz pan, że będzie jak mówię.

          – Daj Boże. Pan z Warszawy?

          – Jakby to powiedzieć… - chwilę się zastanawiał – noo, niby tak. Tułam się od powstania. Trochę tu, trochę tam. Teraz prawie każdy szuka godziwego miejsca do przeżycia na tej naszej ukochanej ziemi ojczystej. Może tutaj je znajdę. Jak pan myślisz?

          – Ja podobnie.

          – Też z Warszawy?

          – Nie, ze Lwowa.

          – Ooo, jeszcze gorzej i jedziesz pan przez Warszawę? – spojrzał na Janusza zdziwiony – A rodzinka gdzie?

          – Zapodziali się. Dałem znać do Czerwonego Krzyża

          – Nadzieję trzeba mieć do końca – nie chcąc wchodzić w szczegóły ze zrozumieniem pokiwał głową. – Mnie pozostało jedynie zapytać Pana Boga czy moi odnaleźli się, tam… – wskazał palcem na niebo. Ale popatrz pan – kiedy wyszli zza zakrętu ze zdziwienia aż przystanął – czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem, bunkier wielki jak kamienica!

          – Raczej schron – Janusz dla lepszego zapamiętania przeczytał nazwę ulic na skrzyżowaniu których, po lewej stronie idąc od dworca, stała monumentalna budowla[8].

          – Może jest tak jak mówicie kolego, znaczy było – odpowiedział nie kryjąc podziwu dla wyglądu i wielkości schronu – ale teraz diabli z tym, lepiej chodźmy szybciej, bo przez pana jeszcze się zgubię. Gdzieś mam kartkę z zapisaną na wszelki wypadek ulicą na której jest nasz PUR – grzebał w kieszeniach z widocznym zdenerwowaniem – Po co mu kartka, jeżeli ma przed sobą znajomków tam idących? Dziwny człowiek, jakiś taki nadmiernie pobudliwy i taki egzaltowany jakiś…, – Janusz patrzył na niego z wyrozumieniem jednocześnie dziękując w duchu Opatrzności za nieoczekiwany zbieg okoliczności który doprowadził do jego poznania.

           - Mam, panie kolego, mam – niemal krzyknął z radości wymachując kartką wyjętą z zanadrza – na rogu Wie…nenburger Stras…se – sylabizując czytał z kartki – cholera, co za nazwa!? Powiedz pan, po co im dwa „ss”, nie lepiej mówić ulica zamiast „sztrasse”? – spojrzał na Janusza pytającym wzrokiem, po czym westchnął i sylabizował dalej; – należy skręcić w prawo na Mat…thia…sstra…sse[9]. Przecież tego nie można nawet wymówić poprawnie, nie wspominając o napisaniu – wzruszył ramionami – a cha… znaczy Józefa Stalina. To już lepiej, hym …sto metrów dalej, pod numerem 117 jest siedziba Punktu Etapowego i schronisko. Będzie widać szyld. – skończył czytać i wskazał palcem w stronę wylotu ulicy po której teraz szli. – To chyba tam…

          – W takim razie chodźmy przyjacielu, bo szkoda czasu.

Kiedy już doszli do skrzyżowania z ulicą Józefa Stalina akurat trafili na przejazd kolumny sowieckich samochodów wyładowanych po brzegi splądrowanymi dobrami, więc za przykładem innych zatrzymali się.

            – Cholera, te sukinsyny zewsząd wszystko wywożą – w głosie kompana Janusz wyczuł wyraźny żal zmieszany ze złością i malującą się wrogość na twarzy.

            – Co pan na to poradzi, taki czas, panie kolego, ale też należy uznać, że trochę im tego dobra się należy.

            – Ja tam panie, nie uznaję – to mówiąc sięgnął ręką za pazuchę i gdy ją wyjął, Janusz ku swojemu osłupieniu zobaczył, że trzyma w dłoni granat! – Rozum ci odjęło, człowieku?

            – Y..y, mam jeszcze drugi, bierzesz? – zapytał z jak najbardziej poważną miną – Walniemy pod przedostatnie auto i hycniemy do bramy – wskazał głową za siebie – stamtąd na podwórko i za czym się połapią nas już nie będzie. Nie bój się, mam doświadczenie nabyte w Warszawie…, no…o bierzesz?

            – Nie, nie, pohamuj koleś – z wrażenia podświadomie przełknął ślinę – w tym co chcesz zrobić jest zbyt dużo ryzyka, po drugie, tu nie Warszawa. – dodał lekko przerażony i odruchowo odsunął się na pół kroku, na gwałt szukając w myślach drogi wyjścia. – cholera, to jakiś koszmar – rozglądał się nerwowo, czy przypadkiem ktoś z przechodniów albo gapiów nie zobaczył co ten szaleniec trzyma w ręku i  zapytał  konfidencjonalnym szeptem; – widzisz tego gościa stojącego z rękami w kieszeniach po przeciwnej stronie ulicy? Chyba nas obserwuje.  A z resztą powiem szczerze, ręka mnie boli, więc na pewno tak daleko nie dorzucę.

            – Nie dorzucisz? – zapytał z nutą rozczarowania w głosie.

            – Wiem co mówię, chociażby dlatego schowaj tę swoją artylerię. – patrzył na niego z nadzieją, że go przekonał.

W odpowiedzi tamten zaczął kołysać się na stopach w przód i  w tył, w przód i w tył, głaskając wolną ręką skorupę granatu. – Natan jestem, ale mówią na mnie Zdzicho – kiwnął parę razy głową – A ty? Jak do ciebie mówić? Student, może…? – i nie czekając na odpowiedź przekładał granat z ręki do ręki wolno wypowiadając zdanie po zdaniu. Janusz miał wrażenie, że gdyby przestał go przekładać gotów był rzucić nim przed siebie bez względu na konsekwencje.

             - …Polowałem w pojedynkę na szkopów od czasu kiedy zmuszony zostałem do życia w klatce niczym wściekłe zwierzę. Żyliśmy i umieraliśmy jak szczury, w smrodzie i w brudzie. Śmierć stawała się wybawieniem. Był czas, że chciałem być psem, bo oni nie bili psów. Na martwych ludzi, leżących na ulicy już nikt nie zwracał uwagi, a grabarze…., nie nadążali ze zbieraniem zwłok. W końcu przyszła chwila decydująca, dziesiąty kwietnia  czterdziestego trzeciego[10].  Później było lato czterdziestego czwartego i powtórka tamtego w trochę innym wydaniu[11].

            – Jesteś Żydem?

            – Pytasz, czy jestem Żydem, bo żyję…? – popatrzył na Janusza przygaszonym wzrokiem. Jestem Żydem i tak już zostanie do śmierci. To też jest powód, że ciągle poluję. Nie tylko na nazistów. – schował granat za pazuchę i oparł się o ścianę kamienicy – pół roku temu….hym.., jak ten czas leci. Noo, dla dokładności to dzisiaj mija pięć miesięcy od tamtego zdarzenia. W każdym razie wtedy front zatrzymał się  przed Jabłonną, a ja mieszkałem w chałupie z dwoma kobietami. Matką i córką. Przygarnęły mnie. Tak po prostu. Chyba myślały, że jestem partyzantem i może dlatego, albo bały się mieszkać same. Nie pytałem, ani one nie pytały… – przerwał i na chwilę wzrok przeniósł  na powoli znikającą w głębi ulicy kolumnę sowieckich samochodów – Było wtedy popołudnie. Poszedłem nad Wisłę z nadzieją, że złapię ryby i usmażymy je na kolację. Kiedy wróciłem powiedziały, że odwiedziło je trzech radzieckich żołnierzy. Rzeczywiście sowieci kwaterowali jakieś trzy kilometry dalej. Pytali o jedzenie, o wódkę też pytali i czy nie mają na sprzedaż zegarków. Mimo że nic nie dostali, bo niby skąd, grzecznie się pożegnali i poszli. Na drugi dzień urąbałem rano trochę drewna i też poszedłem na ryby. Pamiętam, że tego dnia był solidny mróz, jak to w zimie – popatrzył na Janusza sondując z jego miny, czy jest sens mówić dalej –  Słuchasz co mówię?

            – Tak.

            – Ściemniało się kiedy wracałem. A wcześniej coś mnie w środku tknęło żeby z łapaniem dać sobie spokój i wrócić, ale miałem branie, dlatego trochę zeszło. Gdy przyszedłem pod dom, w umówiony sposób zastukałem w szybę, lecz nikt nie odpowiedział. Więc podszedłem do drzwi i okazało się, że są niedomknięte. Zaskoczony wszedłem do środka, powiesiłem kapotę w przedsionku i skierowałem się do pokoju. To co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie. Wywrócone krzesła i walające się ubrania po podłodze wróżyły jak najgorzej. Bez zwłoki podszedłem do drzwi sypialni, a kiedy je otworzyłem z wrażenia zamarłem. Przy łóżku  klęczała do połowy rozebrana matka dziewczyny, a dziewczyna nieruchomo leżała na łóżku w kałuży krwi. Ona bracie konała. Rozerwana od wewnątrz w milczeniu konała na moich oczach! Gdy ją chowaliśmy przyrzekłem sobie, że się zemszczę, że będę polował też na sowietów, bracie…

            – Straszne,

            – Straszne!? Brak jest słowa na właściwe określenie tego, co oni zrobili. Było ich siedmiu i dwie bezbronne kobiety. To nie ludzie bracie, to także nie zwierzęta, bo one dla własnej przyjemności nie robią innym krzywdy. Też nie zabijają dla zabawy, a tym bardziej dla zaspokojenia chuci. Tydzień później pochowałem jej matkę i wróciłem do Warszawy. Tam po jakimś czasie napatoczyłem się na  naganiacza, który obiecując tutaj lepsze życie zebrał grupę straceńców podobnych do mnie, i tak oto w rezultacie przyjechaliśmy do ziemi obiecanej.

            – Cóż ci mogę odpowiedzieć. Nie ty jeden doświadczyłeś podobnego bólu. Jednak to nie daje ci tytułu do bycia desperatem. Bierz na plecy swój posag i chodźmy już, a tego paskudztwa które chowasz za pazuchą pozbądź się jak najszybciej.

            – Harcerz jesteś, brachu. Chyba mnie nie rozumiesz. Stojąc nad mogiłami tych kobiet zdałem sobie sprawę, że po wojnie nikt poza mną nie zechce polować na nazistów ani komunistów, bo kogo będą obchodziły ofiary wojny? Pokonanych? – zaśmiał się – na pewno nie. Natomiast ci sukinsyni którzy wywołali wojnę będą chcieli jak najszybciej zapomnieć, zatrzeć ślady po sobie. A zwycięzcy? Będą chcieli skorzystać z  doświadczenia i umiejętności pokonanych, więc będą ich chronić przed odpowiedzialnością. Wierz mi, że na tym świecie taka jest kolej rzeczy.  Stojąc nad grobem tych kobiet dałem sobie słowo, że to ja będę tym myśliwym. A ja pamiętam. Dużo pamiętam, bo wielu rzeczy tak po ludzku nie da się zapomnieć. Teraz już wiesz kim jestem. Jestem sam sobie panem. I gdy patrzę na siebie, to potwierdza lustro. Kiedyś widziałem za sobą rodzinę, przyjaciół i kolegów, teraz za mną nikt nie stoi. Nikomu też nie służę. Więc? Co powiesz na to? – klepnął się w miejsce gdzie schował granat – a jeżeli brak ci odwagi weź trochę mojej… – celowo nie dokończył zdania, uniósł brwi i utkwił pytający wzrok w twarzy Janusza.  

            – W takim razie  posłuchaj – Janusz uśmiechnął się do niego z wyrozumieniem i cofnał się myślami do roku 1943 i 1944 – przestałem już się łudzić, że w pojedynkę można zmienić świat, a świadomość że przez te zasrane ostatnie pięć lat jednak, jak na swoje możliwości, wiele w tym kierunku zrobiłem zupełnie mi wystarcza, dlatego bracie w to nie wchodzę. Chcę ułożyć sobie życie bez zabijania i po to tutaj przyjechałem. Idziemy? Bo to chyba już niedaleko?

             - Idziemy – Żyd kiwnął głową, po czym klepnął go dłonią po ramieniu dając do zrozumienia, że sprawa została zamknięta i z rozmachem zarzucił tobołek na plecy.                     

Zgodnie z zapisem na kartce, na skrzyżowaniu skręcili w prawo i po przejściu niecałych stu metrów ulicą Matthiasstrasse, po drugiej stronie ulicy ich oczom ukazał się stojący w głębi duży budynek z czerwonej, klinkierowej  cegły z widocznym zegarem z białą tarczą na szczycie budynku. Nad drzwiami wisiała płachta z napisem: „Punkt Etapowy PUR dla repatriantów i przesiedleńców”.

            – To tutaj – Żyd wskazał palcem na budynek. Jesteśmy na miejscu. Idziesz ze mną?

            – Tak – ruszył za Żydem i przeszli na drugą stronę ulicy.

Przy bramie nie zaczepiani minęli zajętych rozmową dwóch gości z białoczerwonymi opaskami na rękawach. Za ogrodzeniem uwagę zwracały na dziedzińcu  liczne grupy osób żywo między sobą dyskutujące. Trochę dziwnie to wyglądało, ale też zachęcająco. W milczeniu przeszli przez dziedziniec i weszli do środka budynku. Janusz na wszelki wypadek powtórzył w myślach życiorys przygotowany na podobną okoliczność, a kiedy ustawili się w kolejce do pokoju, gdzie odbywała się rejestracja, miał jeszcze na tyle czasu żeby po raz kolejny wbić sobie do głowy każdy jego szczegół. Pierwszy  do środka wszedł Żyd. Długo musiał czekać zanim on wyszedł, a im dłużej czekał tym bardziej stawał się mniej pewny siebie. Wreszcie po godzinie Żyd wyszedł. Gdy na niego spojrzał zobaczył jak po skroni spływa mu pot.  Zaniepokojony już otwierał usta żeby podpytać co tam tak długo robił, lecz w tej samej chwili  do jego uszu dobiegł z pokoju przytłumiony męski głos: „Następny proszę!” na dodatek w drzwiach stanął gość z podwiniętymi rękawami koszuli i białoczerwoną opaskę na przedramieniu, więc pozostało mu jedynie  wziąć plecak i wejść.  Gdy po niego się schylił, spojrzał na Żyda, a on bezgłośnie poruszając wargami powiedział; „uważaj, rezydent”. W odpowiedzi kiwnął mu głową i wszedł do pokoju za funkcjonariuszem z opaską na przedramieniu. Pokój był przestronny. Na prawo od wejścia za złączonymi ze sobą stołami siedziała kobieta z rozłożonym przed sobą zeszytem  i mężczyzna którego prawdopodobnie miał na myśli Żyd, co stało się jasne gdy przeczytał na jego białoczerwonej opasce  „Miejski Urząd Bezpieczeństwa”. Jak już usiadł, niepytany bez słowa podał mu kartę przesiedleńca. Rezydent z zainteresowaniem przeczytał, po czym obracając dokument w palcach zapytał;

            – Hym…, znaczy… – zawiesił głos – ze Lwowa jesteście? Sam? Bez rodziny? Bez żony? – podniósł wzrok na Janusza i czekał co odpowie. Mówił głosem niskim lekko zachrypniętym, a jego ton sprawiał, że trudno było do końca się skupić.

            – Mam rodzinę, ale się zgubiliśmy – przytomnie uchylił się od odpowiedzi i zaciekawiony jak zareaguje, wyczekująco patrzył mu w oczy.

            – Powiadacie obywatelu, że zgubiliście się, hym… a to ciekawe. Oni ślepi byli, czy co?  

            – No właśnie, ale skąd pan rezydent to wie? – dłonią ścisnął rant krzesła na którym siedział i czuł jak jego krawędź wbija się w skórę. W takich sytuacjach lubił uczucie bólu, dzięki niemu szybciej i sprawniej reagował na zagrożenia.

            – Ja? – ja nic nie wiem. Tak tylko mi się powiedziało – rezydent nie bardzo wiedząc, do czego zmierza tym pytaniem zaskoczony popatrzył na Janusza spod przymrużonych powiek i z zamiarem podkreślenia znaczenia reprezentowanego urzędu dodał; – Sprawdzimy to potem, a teraz mówcie… – „Sprawdzaj durniu, sprawdzaj do usranej śmierci” – w duchu Janusz powiedział do siebie przyjmując ostrzeżenie za oznakę jego słabości umysłowej i czekał co będzie dalej

            -  Noo, na co czekacie? Do rejestru trzeba wpisać – rezydent wskazał głową na otwarty zeszyt leżący przed siedzącą obok niego kobietę.

            – Oklasków nie będzie – wtrącając się do rozmowy zarechotał ten z podwiniętymi rękawami, a rezydent nie zwracając uwagi na jego zachowanie, założył ręce na brzuchu, niechętnym wzrokiem popatrzył na Janusza, jeszcze dla wygody rozparł się na krześle i okazując miną oznaki zniecierpliwienia i władztwa czekał aż zacznie mówić.

            – Co mam mówić?

            – Wszystko, i po kolei. – przełożył nogi dla większej wygody, po czym podniósł wzrok na twarz Janusza – zgubiliście się może? Bo jak tak, to ja wam pomogę się odnaleźć.  Noo dalej; urodziłem się, nazywam się.. A ty Zośka pisz…

Janusz zwolnił uścisk dłoni i spokojnym zdecydowanym głosem zaczął odpowiadać kobiecie na kolejne pytania. W tym czasie rezydent z uwagą konfrontował je z treścią Karty przesiedleńca. Gdy doszło do podania zawodu podniósł dłoń dając tym gestem do zrozumienia, że chce o coś zapytać. Więc wszyscy zwrócili na niego oczy i zrobiła się cisza.

            – Czy ty  w swoim życiu już pracowałeś?

            – Dorywczo… – odpowiedział zaskoczony - …na felczera się uczyłem – dodał jeszcze, żeby mieć czas na zebranie myśli. 

            – Szamaństwa się uczyłeś?

            – Co rezydent mówi? Zaciekawiony włączył się do rozmowy gość z podwiniętymi rękawami od koszuli – na co się uczył?

            – Uczył się na czarownika.

            – Na czarownika! Ha, ha,haaa…, na czarownika ha, ha,haaa… – krztusił się ze śmiechu – Noo, szef to ma dowcip, że palce lizać i to na poczekaniu. Na czarownika się uczył! Zamienisz mnie w orła?

            – Łatwiej będzie w padalca.

            – No, no student… miej więcej szacunku dla urzędu. – rezydent ściągnął brwi i popatrzył nieżyczliwie na Janusza – A ty Franek zamiast rechotać lepiej zrobisz jak pójdziesz zobaczyć, czy jeszcze jest fotograf, bo felczerowi trza zdjęcie do dowodu zrobić – następnie  sięgnął za pazuchę, chwilę tam nią grzebał wyraźnie czegoś szukając, po czym  niespodziewanie wyjął spod pachy pistolet. Przełożył go do drugiej ręki i ponownie zaczął ręką grzebać za pazuchą. Janusz zupełnie zaskoczony przeniósł wzrok z twarzy rezydenta na pistolet i poczuł suchość w ustach. – Co ten bydlak kombinuje? – żachnął się w myślach nie wiedząc do czego on zmierza i w skrytości ducha odruchowo napiął mięśnie, gotów  do natychmiastowej reakcji.

          – …się cholera zapodziała – rezydent niewyraźnie mruknął pod nosem trzymając w wyjętej z zanadrza ręce złożoną kartkę papieru. Po czym kartkę przełożył do drugiej ręki i schował pistolet – Ja to widzę tak – rozkładając kartkę zawiesił na chwilę głos, by nadać większego znaczenia temu co powie – Naszemu nowemu państwu potrzeba lekarzy a nie felczerów, stąd moja propozycja jest następująca. Dam wam skierowanie do Straży Akademickiej. Oni na gwałt potrzebują ochotników do pilnowania budynków klinik i prosili mnie żeby skierować do nich kilku chwatów, a na takiego mi wyglądacie. Gdy zostanie już utworzony uniwersytet, będąc znachorem łatwo przepotwarzycie się ze strażnika w studenta, później w lekarza. I oto wam chyba chodzi, no nie? – zaśmiał się – a kiedy zachoruję myślę, że będę mógł na was liczyć. Nieprawdaż? – porozumiewawczo mrugnął okiem –  Chyba żebyście chcieli wstąpić do milicji, to droga otwarta, a dzisiaj prześpicie się tutaj, Co wy na to, panie Koniecpolski?

          – Wolę do straży. Jak tam trafię? 

          – W takim razie – rezydent podrapał się po głowie – gdy wyjdziecie na ulicę generalissimusa Józefa Stalina skręćcie w prawo i idźcie prosto, aż do skrzyżowania z pierwszą ulicą też odbijającą w prawo. Będzie jakieś dwieście metrów. W tym samym czasie kiedy mówił pani Zosia do zeszytu wpisała jeszcze kto wydał Janusza Kartę przesiedleńczą oraz jej numer – Skręcicie w tę ulicę. Rozumiecie? – Janusz kiwnął głową – następnie idąc cały czas przed siebie wzdłuż torów tramwajowych dojdziecie do szaber placu. Tam zapytacie się o szwabską Technische Hochschule[12]. Paniemajesz? A to jest twoja przepustka do nowego życia – zaśmiał się i podał Januszowi kartkę wyjętą zza pazuchy  – Teraz idźcie do fotografa. On zrobi wam zdjęcie, potem dostaniecie  dowód. To już wszystko – chrząknął zadowolony z siebie i na pożegnanie wyciągnął rękę. Mimo niechęci, Janusz mrucząc pod nosem „dziękuję” bez skwapliwości uścisnął wyciągniętą w jego kierunku dłoń. Najchętniej zmiażdżyłby ją, a potem jego całego – To dopiero sukinkot! Pasożyt! Kanalia! Swołocz czerwona! Ciekawe w ilu organizmach i psychice porządnych ludzi ten cholerny pierwotniak się zagnieździł. W każdym razie dobrze, że mam to już za sobą – i nie spodziewając się już niczego groźnego odważnie popatrzył w oczy rezydenta – Tak jak pan powiedział, tak zrobię – na potwierdzenie swoich słów kiwnął jeszcze głową. Po czym wyszedł z przekonaniem, że ma farta i jednak wbrew wewnętrznym obawom najprawdopodobniej znajdzie się dla niego we Wrocławiu jakieś zaciszne, spokojne miejsce do życia. Pozostało jeszcze zameldować przyjazd w punkcie kontaktowym AK mieszczącym się w sklepie spożywczym przy ulicy Tauentzienstrasse[13]co obiecał Maćkowi przed wyjazdem, ale nie był to dobry czas ani miejsce, żeby zapytać jak tam trafić.

Z nowym dowodem tożsamości w kieszeni przez jakiś czas chodził między koczującymi grupami szukając oczami Żyda spotkanego po drodze. W gruncie rzeczy chciał jedynie pożegnać się, lecz on jakby zapadł się pod ziemię, jakby się zdematerializował. Zaczynał nabierać przekonania, że ta krótkotrwała znajomość miała coś z wróżby wedle której nieoczekiwane spotkanie z Żydem miało być prognostykiem osiągnięcia w przyszłości majątku i wysokich stanowisk. – Dużo bym dał żeby tak się stało –rezygnując z dalszego szukania westchnął głęboko i z plecakiem na ramieniu poszedł na spotkanie z niepewnie rysującą się przyszłością.

Gdy dotarł na miejsce o którym mówił rezydent, to co zobaczył na skrzyżowaniu Hedwig Strasse[14] i Furstenstrasse[15] było tak zaskakujące, że z wrażenia aż gwizdnął. Przed nim po lewej stronie rozciągało się jedno wielkie gruzowisko sięgające niemal po horyzont, otoczone z prawej i lewej strony kamienicami. Z miejsca w którym stał tworzyło coś na podobieństwo szerokiego korytarza którego środkiem ze wschodu na zachód biegła mało widoczna z tego miejsca niezniszczona, brukowana, dwukierunkowa ulica rozdzielona torami tramwajowymi. Z kolei po prawej stronie, za na wpół rozwaloną kamienicą przy której się zatrzymał, dominował olbrzymi plac częściowo uprzątnięty z gruzów rozciągający się aż do widocznego w oddali mostu, a na nim charakterystyczne dla każdego bazaru nieduże majdany od których w różnych kierunkach nieregularnie odchodziły ścieżki utworzone ze szpaleru różnego autoramentu ludzi, wystawiających na sprzedaż lub zamianę najróżniejsze przedmioty. – warszawski Karcelak niech się chowa –  mruknął zdumiony i bacznie rozglądając się wokoło wszedł na plac. Zafascynowany widokiem wystawionego na sprzedaż wszelkiego dobra jakie tylko można sobie wyobrazić, Janusz szedł wolnym krokiem, co parę kroków zatrzymując się przy sprzedających starocie i osobliwości.

            – Co to za książka? – stanął zaciekawiony przy mężczyźnie ubranym w jaskrawą koszulę z krótkimi rękawami i wskazał palcem leżący na papierze tuż koło jego stopy wolumen w twardej oprawie,

            – Encyklopedia przyrodnicza z 1806 roku[16], drugi tom – mężczyzna schylił się, żeby mu podać.

            – A ta obok? – wskazał palcem

            – To trzeci tom.

            – No, a pierwszy? Ma pan?

            – Nie. Razem było ich osiem, lecz przed spaleniem uratowały się tylko te dwa tomy. Być może jeszcze gdzieś są inne egzemplarze, ale ja ich nie mam – bezradnie rozłożył ręce.         

            – Szwaby takie książki palili? Nie uwierzę – to mówiąc Janusz z zainteresowaniem przewracał kartki i z podziwem oglądał ręcznie namalowane kolorowe anatomiczne detale roślin, które wyglądały jakby były malowane przez naturę.       

            – Nie szwaby, ale ruskie. Podpalili bibliotekę uniwersytecką i Bóg raczy wiedzieć dlaczego to zrobili. Dwa dni się paliła. Niewiele udało się uratować, a były tam podobnież cymelia nawet z dwunastego wieku – ze smutkiem kiwał głową patrząc na wolumin w rękach Janusza. – Jeden Bóg wie ile tam dóbr kultury spłonęło.

            – Ile za te dwie?

            – dziesięć zielonych.

            – Czyś ty chłopie zwariował? Naprawdę chcesz dziesięć zielonych? Dziesięć zielonych to ja mogę dać za wszystkie osiem tomów i to bym się długo zastanawiał , a za te dwa, dam dolara i ani grosza więcej.

            – E..ee, – taksując wzrokiem możliwości Janusza handlarz kręcił głową – nic z tego, co najwyżej dwa ale za jedną. A jak nie, to nie – wzruszył ramionami dając do zrozumienia, że nie będzie więcej się targował. Janusz nie mogąc wyjść z podziwu dla talentu autora dzieła jeszcze przez chwilę w milczeniu przewracał kartki. Na każdej była namalowana inna roślina lub kwiat stanowiący w jego odczuciu malarskie dzieło sztuki. W końcu z westchnieniem żalu oddał książkę – za droga dla mnie -

            – No cóż, szkoda. – handlarz spojrzał na zegarek – Już piąta, dla mnie przyszedł czas zbierać się do domu Jeżeli zdecyduje się pan kupić, będę tutaj jutro.

            – Hym, piąta, mówi pan – namyślał się przez chwilę co powinien teraz zrobić. Zapytać o Technische Hochschule i tam pójść, czy zgłosić przyjazd do Wrocławia w punkcie kontaktowym AK. Wybrał to drugie; – może wie pan jak daleko stąd jest ulica Tauentzienstrasse? 

                – No pewnie, że wiem. Niedaleko, piętnaście – dwadzieścia minut marszu.  Mieszkam w pobliżu Tauentzienstrasse. Pan tam idzie? – zaskoczony spojrzał na Janusza, a on kiwnął głową – W takim razie  chodźmy. Może tędy – handlarz wskazał ręką na ścieżkę prowadzącą w stronę mostu i przez pierwsze dwieście metrów torował Januszowi drogę wśród handlarzy. Gdy jarmarczny jazgot stał się bardziej odległy Janusz z zaciekawieniem w głosie, zataczając ręką koło zapytał; – Wie pan może, co się tutaj stało? – Handlarz odwrócił się w jego stronę i cicho westchnął. – Tak, wiem. Za sprawą niejakiego gauleitera Karla Hankego[17] doszło do niespotykanej zbrodni w dziejach tego miasta.  Jeszcze rok temu była tutaj dzielnica zamieszkała przez bogatych mieszczan, naukowców i studentów, a teraz sam pan widzi co z niej pozostało. gruzowisko splamione krwią tysięcy ludzi.

            – Jak to…? – zaskoczony stanął z wrażenia –pan był w mieście kiedy to się działo?

            – A jakże. Mieszkam we Wrocławiu od urodzenia.

            – Nigdy bym nie przypuszczał że pan jest Niemcem.

            – Niemcem…? Nie… – zaśmiał się – z pochodzenia jestem Polakiem. Moi dziadkowie przywędrowali do Breslau jeszcze w XIX wieku. Tutaj się urodziłem, chodziłem do szkoły i na studia. Można by powiedzieć, że jestem autochtonem, ale w sercu cały czas czuję się Polakiem. Na imię mam Gerard, a pan?

            – Janusz.

            – Ambitny, inteligentny i niezależny mężczyzna. Potrafi przewodzić innym i przekonać do swoich racji

            – Co proszę…?

            –  Mówię jacy są mężczyźni noszący imię Janusz – uśmiechnął się – ale też jest podatny na nałogi i ma skłonności do załamań.

            – A Gerard?

            – Rozważny, prawdomówny i trochę flegmatyk.

            – No dobra, niech tak będzie, ale przejdźmy do rzeczy. Zaintrygowałeś mnie mówiąc, że doszło tutaj do zbrodni. Powiesz coś więcej?

            – To długa historia. Ale jak chcesz mogę opowiedzieć. Usiądziemy na chwilę? – wskazał ręką na murek przylegający do pylonu mostu.

            – Trochę spieszę się – Janusz spojrzał na zegarek – najpóźniej o dziewiętnastej powinienem zjawić się w umówionym miejscu na Tauentzienstrasse, więc masz dziesięć.. – urwał orientując się po grymasie jego twarzy, że to czas niewystarczający  – niech będzie piętnaście minut Wystarczy?

            – Dziesięć, piętnaście mówisz. Hmm… – autochton zamruczał oparty plecami o murek i nieobecnym wzrokiem zamyślony patrzył przed siebie – wychodzi tysiąc na minutę.

            – Nie rozumie?

            – Czas jaki mi dałeś bezwiednie skojarzyłem z ludźmi którzy tutaj zginęli równając z ziemią na rozkaz i pod lufą karabinu, to co wcześniej było zbudowane. Byłem wśród nich. Jak wieść niesie przy tej robocie zabito około dziesięciu – piętnastu tysięcy. A że dałeś mi piętnaście minut stąd  moje skojarzenie.

            – Coraz bardziej nie rozumie.

            – Nie dziwota. Myślisz, że ja rozumie? Ale wracając do rzeczy. Wszystko zaczęło się latem ubiegłego roku, kiedy to Breslau, teraz Wrocław zamieszkały wtedy przez ponad milion ludzi w skutek ogłoszenia go twierdzą pierwszej klasy przysposabiał się do obrony. I to w moim przekonaniu był początek horroru jaki tutaj się rozegrał – mówił wolno porządkując w głowie cisnące się wspomnienia – Szalała nazistowska propaganda. Na każdym kroku widziałeś euforię, pełną histerycznych okrzyków i odwoływania się do honoru. Ulice były oklejone propagandowymi plakatami i odezwami rozwieszonymi niemal w każdym miejscu, także w knajpach, teatrach, w tramwajach i oczywiście w urzędach. Zapewne chodziło o wskrzeszenie w nas hartu i ducha walki, oraz wpojenie, że Niemcy to naród nie do pokonania. Tamtą atmosferę jeszcze potęgował zbliżający się front. Jakby tego było mało do miasta nieprzerwanie napływały ze wschodu rzesze uciekinierów. W końcu przeludnienie sprawiło, że wszystkiego zaczęło brakować, przede wszystkim opału i jedzenia. Było naprawdę ciężko. Lecz gdy teraz przychodzi  mi ocenić tamten czas i ludzkie zachowania, za skarby nie mogę zrozumieć dlaczego tyle set tysięcy mogło ulec histerii graniczącej z fanatyzmem i nie odnoszę tego, za przeproszeniem, jedynie do pospólstwa, bo nim zawsze jest najłatwiej manipulować, ale co myśleć, gdy wśród tłumów ogarniętych amokiem walki o wielkie, niepokonane Niemcy na pierwszym planie widziałem nobliwych profesorów, lekarzy, przedsiębiorców, ludzi ogólnie szanowanych i z pozycją? – przerwał na chwilę kierując wzrok na gruzowisko rozciągające się niemal po horyzont, i po chwili, nie czekając na reakcję Janusza mówił dalej; – Potem przyszła jesień. A wraz z nią, jak ci już wspomniałem, kłopoty z zaopatrzeniem w żywność i w opał. Ale powiedz… – ponownie przerwał i pytającym wzrokiem spojrzał na Janusza – skąd w ludziach bierze się desperacja do walki na śmierć i życie? Z braku świadomości?

            – Zapewne tak. No i strach o jutro też robi swoje. Łatwo wtedy stracić osobowość i zostać zmanipulowanym. Od tego jedynie krok by wpaść w amok i być gotowym na wszystko. Ale czas biegnie, bracie – wymownie wskazał palcem na zegarek.

            – Nie popędzaj. Chciałem uzmysłowić ci co było początkiem kataklizmu jaki tutaj miał miejsce. No więc potem nastała zima. U nas była śnieżna i mroźna.  A przeklętą datą dla mieszkańców Breslau okazał się dzień dziewiętnasty stycznia. Wtedy to z polecenia gauleitera[18]

            – Dziewiętnasty stycznia!? – słysząc tę datę Janusz przerwał mu i na chwile wrócił myślami do Warszawy. – Cholera, jakie to wszystko jest poplątane –  Ta data  też na zawsze wbiła mu się w pamięć, ale z zupełnie innej przyczyny. Był piątek, późne popołudnie. Siedział z Maćkiem nad szachami, kiedy nagle usłyszeli łomot do drzwi. Zaskoczeni spojrzeli na siebie, a myśli jak błyskawice krzyżowały się przywołując w głowie najgorsze skojarzenia. – Idź do kuchni, a ja pójdę otworzyć – po chwili doleciał do niego gniewny głos Maćka; – co ty gówniarzu sobie myślisz! Jak ty się zachowujesz! Nie umiesz normalnie zapukać? – gdy wszedł do pokoju Janek nie przejmując się opeerem zdejmował jesionkę i widząc rozpoczętą partię  szachów kręcił głową patrząc raz na niego raz na Maćka. – W szachy sobie gracie a tu taka wiadomość! –  i jak gdyby nigdy nic nieproszony przestawił królówkę. – Patrz; szach i mat! Każda gra dobiega kiedyś końca, panowie. Koniec. Było i nie ma. Było i się skończyło. Kto grał czarnymi? – Ja – Maciek odpowiedział zdezorientowany i coraz bardziej wściekły;  – Powiesz, do cholery, o co chodzi? – nie panując nad sobą chwycił go  za gardło. Trwało to kilka sekund, ale wystarczająco długo by zdążyli ochłonąć.

            – Wariat jesteś. Przecież mogłeś mnie udusić!

             – Dziwię się, że tego nie zrobiłem. Powiesz wreszcie o co chodzi?

            – Po to wariacie tutaj przyszedłem – rozcierając ręką bolące miejsce odpowiedział z wyrzutem w głosie – ale lepiej usiądźcie. Noo.., usiądźcie – gdy siadali patrzyli jak nabiera powietrza, po czym jednym tchem wypalił; – „Niedźwiadek[19]” rozwiązał Armię Krajową! – gdy to usłyszeli z wrażenia zamarli – Tak panowie, gdyby ktoś się pytał to jesteśmy już zwolnieni z przysięgi, ale dalej mamy pozostać w konspiracji.

            – Skąd o tym wiesz? –przytomnie zapytał Maciek.

            – Stary mnie zawołał i powiedział żeby wszystkich powiadomić. Ma być zebranie w tej sprawie. Macie coś się napić?….

            – Słuchasz mnie? – z zamyślenia wyrwał go głos autochtona

            – Tak, tak słucham. Powiedziałeś, że był dziewiętnasty stycznia.

            – No właśnie, tego dnia nastąpił w mieście prawdziwy początek piekła. Z rozkazu gauleitera rozpoczęło się wysiedlanie. A miasto za sprawą uchodźców ze wschodu było przeludnione do granic możliwości. I w tych okolicznościach barbarzyński rozkaz spowodował, że setki tysięcy ludzi, w tym matki z dziećmi w różnym wieku, począwszy od tych w ciąży, aż do staruszek i starców włącznie, dosłownie z dnia na dzień, zostali wypędzeni z mieszkań.  Zupełnie nieprzygotowani mieli natychmiast opuścić miasto. Ulice wyglądały jak wezbrane rzeki, którymi zamiast wody płynęła ludzka masa pełna bólu i rozpaczy kierowana z brzegów lufami karabinów. Przy dwudziestostopniowym mrozie, prowadząc przed sobą wózki z dziećmi i dobytkiem wziętym w pośpiechu, szli w objęcia śmierci. Ile zamarzło po drodze już nikt nie policzy – autochton westchnął głęboko i Janusz zobaczył jak w oczach zakręciły się mu łzy – Możesz to sobie wyobrazić, kolego? Bo ja za skarby nie pojmę, dlaczego ludzie są w stanie traktować innych w tak okrutny sposób. Uważam, że żadna władza, jaka by teraz nie była, nie powinna puścić tej zbrodni płazem.

            – Zgadzam się – kiwnął głową – Ale to Niemcy wysiedlali Niemców – Janusz wzruszył ramionami.

            – Fakt, lecz zbrodnia zawsze pozostanie zbrodnią bez względu kto za nią stoi.  Ale do rzeczy, bo to dopiero początek. Ci co zostali w mieście musieli podporządkować się prawu wojennemu, a za jego przekroczenie karano śmiercią. Pięć dni po zakończeniu wysiedleń z pełnym rozmysłem zaczęto wyburzać całe kwartały ulic, dzielnica po dzielnicy. W tym celu powołano do życia Brandkommanda które zajmowały się wypalaniem i wysadzaniem poszczególnych kamienic. Nie było zmiłuj się.  Burzono bez względu na wartość budowli wszystko co zdaniem dowództwa mogło przeszkadzać w obronie miasta. Wprowadzono też przymus pracy od dwunastego do sześćdziesiątego roku życia. Wystarczył brak pieczątki w karcie pracy żeby stracić życie. Dodatkowe utrudnienie stanowił zakaz przemieszczania się bez zezwolenia z dzielnicy do innej dzielnicy. To właśnie było przyczyną, że stałem się czynnym i biernym świadkiem wydarzeń jakie tutaj się rozegrały. W tym miejscu – zatoczył ręką krąg –  dowództwo twierdzy postanowiło wybudować lotnisko[20].

            – Lotnisko? – Janusz zdziwiony wszedł mu w słowo.

            – Tak kolego. Lot-ni-sko – wolno przesylabizował dla podkreślenia absurdalnego pomysłu – I na nic się nie oglądając przystąpiono do całkowitego wyburzenia  obszaru między tym mostem – wskazał ręką za siebie – a tamtym.

            – Jakim tamtym, bo nie widzę?

            – Trochę ponad kilometr stąd, na końcu tego gruzowiska jest most o nazwie nomen omen Adolf-Hitler-Brücke.

            – Już kojarzę. Kiedy stałem na rogu Hedwig Strasse i Furstenstrasse zdawało mi się, że właśnie tam, gdzie teraz pokazujesz, jest most, ale nie byłem tego pewny.

            – Tamten most i ten most za nami zamyka od wschodu i od zachodu wytyczony przez dowództwo Festung Breslau obszar lotniska o szerokości mniej więcej dwustu metrów. Jak ci wspomniałem wcześniej w tym miejscu była dzielnica zamieszkana przez naukowców, studentów i bogate mieszczaństwo. Co z tego zostało sam widzisz. I tak dużo, bo i tego miało nie być. – wskazał na kamienice otaczające zrujnowaną przestrzeń – To co mówię nie robi na tobie wrażenia? – zdziwiony przerwał nie widząc u Janusza zbytniego zainteresowania.

            – Owszem, robi. Rzeczywiście trzeba być niespełna rozumu, żeby wpaść na taki pomysł.

            – W obliczu tego co się tutaj wydarzyło, to za mało powiedziane.

            – Być może. Widziałeś Warszawę po wyzwoleniu?

            – Nie.

            – Tam tak wygląda całe miasto jak tutaj ten kawałek Wrocławia. 

            – Całe miasto? – autochton powtórzył z niedowierzaniem w głosie. Ale takich miejsc jak to, jest we Wrocławiu więcej! – dodał by zrobić większe wrażenie.

            – Będzie czas to pokażesz, a teraz chodźmy, bracie Polaaku… – CDN…  

 

 

[1] Pałac zbudowany w Poczdamie dla następcy tronu Wilhelma Hohenzollerna i jego małżonki Cecylii w roku 1990 wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

[2] Jasna Góra – sanktuarium maryjne i klasztor Paulinów. Miejsce licznych pielgrzymek. Zasłynęło z cudownej obrony w czasie najazdu szwedzkiego w 1655 roku. Tam też w 1956 roku zostały złożone Jasnogórskie Śluby Narodu spisane przez Prymasa Polski – Stefania Wyszyńskiego.

[3] 28 stycznia 1742 roku Wrocław (Breslau) został podniesiony do rangi królewskiego miasta rezydencjonalnego, zostając trzecią po Królewcu i Berlinie stolicą Prus, ze strony Wilhelma II miała to być rekompensata w zamian za utratę wolności i dotychczasowej politycznej pozycji.

[4] Minister przemysłu w 1945 roku

[5] Premier Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej w latach; czerwiec 1945 – 29 czerwiec 1947 roku

[6] Przed wojną Friedrichsplatz – obecnie Plac Słowiański

[7] Państwowy Urząd Repatriacyjny

[8] Schron przeciwlotniczy na skrzyżowaniu Elbingstrase i Wienenburger Strasse obecnie skrzyżowanie ulicy Ołbińskiej i Słowiańskiej

[9] Dawna nazwa obecnej ulicy Jedności Narodowej, a wcześniej ulica Generalissimusa Józefa Stalina

[10] Powstanie w Getcie warszawskim 10.04 – 18.05.1943 roku

[11] Powstanie Warszawskie 01.08 – 03.10.1944 roku

[12] Obecnie budynek Politechniki Wrocławskiej mieszczący się przy ulicy Wybrzeże Wyspiańskiego – przed II wojną światową politechnika funkcjonowała pod nazwą; Królewska Wyższa Szkoła Techniczna we Wrocławiu (Königliche Technische Hochschule Breslau) – na uroczystości otwarcia w dniu 29 listopada 1910 roku był obecny cesarz Wilhelm II, któremu podczas uroczystości nadano pierwszy doktorat honoris causa Uczelni. Z tymi uroczystościami zbiegło się oddanie do użytku mostu Cesarskiego (Kaiserbräcke) – obecny most Grunwaldzki). – (http://www.portal.pwr.wroc.pl/historia,241.dhtml)

[13] Obecnie ulica T. Kościuszki

[14] Obecnie ulica M. Reja

[15] Obecnie ulica Grunwaldzka

[16] „Les Liliacees” autorstwa Pierre-Josepha Redoute – ośmiotomowe dzieło (1802-1816) obrazujące ręcznie malowane rośliny i kwiaty z rodziny liliowatych wydane w Paryżu pod patronatem cesarzowej Marii Antoniny 

[17] Karl Hanke został gauleiterem Dolnego Śląska z rozkazu Hitlera. Rok później Heinrich Himmler  awansował go na Gruppenfuhrera SS. Podczas rządów Hankego z jego rozkazu straconych zostało w stolicy prowincji (Breslau) ponad tysiąc osób, przez co zyskał sobie przydomek kata z Breslau. 29 kwietnia 1945 otrzymał urząd Reichsfurera SS i dowódcy niemieckiej policji w miejsce Heinricha Himmlera którego Hitler uznał za zdrajcę. Przebywał w Festung Breslau niemal do samego zdobycia miasta przez Armię Czerwoną. W noc (5/6 maja) przed kapitulacją uciekł z miasta zarekwirowaną awionetką typu Storch. Maszyna została trafiona w zbiornik paliwa i musiała awaryjnie lądować. Naprawiono ją koło lotniska w Mirosławicach i Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe. Dalsze losy Hankego są niejasne. Prawdopodobnie przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim. Hanke przeżył i przyłączył się do Dywizji „Horst Wessel” z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Według jednej z wersji został zabity przez czeskich wartowników pod Chomutovem podczas próby ucieczki z miejsca internowania lub osadzenia, według innej był widziany po 1945 w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Karl_Hanke)

[18] Karl Hanke – gauleiter Dolnego Śląska będący jednocześnie Komisarzem Obrony Rzeszy

[19] Leopold Okulicki – ostatni dowódca Armii Krajowej.

[20] Z rozkazu Hitlera Wrocław został ogłoszony twierdzą i przystąpiono do budowy lotniska. Obszar planowanego lotniska został mianowany obszarem zamkniętym w rozkazie 34 z 16 III 1945 roku:
"Następujące ciągi ulic ogłasza się niniejszym za obszar zamknięty:
od Kaiserbrücke (mostu Grunwaldzkiego) na południe do Uferzeile (Wybrzeże Wyspiańskiego) wyłącznie;
na wschód: do Hobrecht – Ufer (Wybrzeże Pasteura) wyłącznie;
na północ : północna strona Fürstenstrasse (ul. Grunwaldzkiej do końca mostu Szczytnickiego) – Kleine Fürstenstrasse (ul Płowiecka);
na zachód : zachodnia strona Kleine Fürstenstrasse (ul Płowiecka) – Gertrudenstrasse 
(ul Poznańczyka) – Kaiserstrasse (pl. Grunwaldzki).
Na obszar zamknięty nie wolno wchodzić ani żołnierzom, ani cywilom. Wyjątek oddziały łączności zaopatrzone w zezwolenie komendanta łączności twierdzy". (http://festungbreslau.fotopolska.eu/zniszczenia.htm)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>